Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Wiktor Draguński "Przygody Dyzia" (1959)

opublikowane: 29 maj 2012, 08:17 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 6 cze 2013, 07:39 ]

     Dyzio Korabczyk to zwykły siedmiolatek mieszkający z mamą i tatą w Moskwie. Wraz z najlepszym przyjacielem Michałem i innymi dziećmi lubi bawić się w kosmonautów, chodzić do cyrku i nad wodę. Ale jak na chłopca o wielkiej wyobraźni i niespożytej energii przystało, często pakuje się w przeróżne kłopoty. Czasami bywa trochę roztargniony i  zapominalski. Najczęściej jednak okazuje się uczynnym i wrażliwym, choć trochę naiwnym małym marzycielem. Wszystkie swoje przygody opisuje w 42 opowiadaniach, prostymi słowami, w niewyszukany i bezpośredni sposób, ale też z odrobiną magii i poezji.
     Mimo upływu wielu dekad, zmian ustroju i mentalności ten zbiór opowiadań nie zestarzał się. Czterdzieści pięć krótkich historii skrzy się humorem i nierzadko wzrusza do łez. Charakterystyka chłopca jest po prostu mistrzowska. Autor zawarł w tych opowiadaniach tak wiele miłości do swego jedynaka (prototypem postaci był pierworodny syn autora Dionizy) oraz niezwykłych wydarzeń i opisów, że po przeczytaniu chce się do nich wracać, bo na zawsze pozostawiają miłe wspomnienie, od którego uśmiech na twarzy pojawia się sam.

     Część wyrażeń może być dla młodych czytelników niezrozumiała, dlatego warto czytać te opowiadania na głos dziecku np. w ramach akcji Cała Polska czyta dzieciom. Konieczne będzie na przykład wytłumaczenie, co to za atrakcja ze sklepu nazywana "wodą sodową" i dlaczego mieszkania kiedyś się "dostawało". 

wiek bohaterów: Dyziek 7-9
                                   Michał i inni ok. 7-9

wybrane opowiadanie:

GŁÓWNE RZEKI

     Chociaż skończyłem już osiem lat i zacząłem dziewiąty rok, dopiero wczoraj się domyśliłem, że lekcje jednak trzeba odrabiać. Lubisz czy nie, chcesz czy nie, masz lenia, czy nie masz - ale odrabiać lekcje trzeba. To mus. Bo jak nie, to można wdepnąć w coś takiego, że ci życie zbrzydnie. Na przykład wczoraj nie zdążyłem odrobić lekcji. Mieliśmy zadane nauczyć się kawałeczek wiersza jednego poety i jakie są główne rzeki Ameryki. A ja zamiast się uczyć, puszczałem na podwórku latawca w kosmos. Do kosmosu jednak nie trafił, bo miał za lekki ogon i przez to się kręcił jak bąk. To raz. A po drugie miałem za mało nici, przeszukałem cały dom i pozbierałem wszystkie nici jakie tylko były, nawet zdjąłem z maszyny do szycia, ale i tak okazało się ich za mało. Latawiec doleciał do strychu i tam zawisnął, a do kosmosu było jeszcze daleko.
     Tak się zająłem tym latawcem i kosmosem, że całkiem zapomniałem o wszystkim na świecie. Tak się znakomicie bawiłem, że nawet myśleć przestałem o jakichś tam lekcjach. Zupełnie mi to z głowy wyleciało. Ale okazało się, że nie wolno było zapominać o takich sprawach: wstydu się najadłem co niemiara.
     Rano troszkę zaspałem, a kiedy zerwałem się z łóżka, czasu zostało tylko odrobinkę. Ale czytałem, jak zręcznie się ubierają strażacy - nie robią ani jednego zbędnego ruchu - i tak mi się to spodobało, że przez pół lata ćwiczyłem szybkie ubieranie się. Więc i dziś, jak się zarwałem i popatrzyłem na zegar, od razu zrozumiałem, że ubierać się trzeba jak na pożar. No i ubrałem się w jednej minucie czterdziestu ośmiu sekundach cały jak należy, tylko buty zasznurowałem co drugą dziurkę. No i zdążyłem do szkoły na czas i do klasy zdążyłem wbiec na sekundę przez panią. To znaczy, że ona szła sobie wolniutko po korytarzu, a ja biegłem z szatni (z dzieci nie było już nikogo). Jak zobaczyłem panią z daleka, dodałem gazu i jakieś pięć kroków przez klasą wyprzedziłem panią i wbiegłem do klasy. W sumie wygrałem z nią jakieś półtorej sekundy i jak weszła, moje książki leżały już pod pulpitem, a ja sam siedziałem obok Michała, jakby nigdy nic. Pani weszła do klasy, myśmy wstali i przywitali się z nią, a najgłośniej przywitałem się ja, żeby wiedziała, jaki ja jestem grzeczny. Ale ona nie zwróciła na to żadnej uwagi i jeszcze nie zdążyła usiąść, a już powiedziała:
     - Korabczyk, do tablicy!
     Od razu mi się popsuł humor, bom sobie przypomniał, że zapomniałem odrobić lekcje. Więc mi się strasznie nie chciało wstawać z ławki. Jakbym się do niej przylepił. Ale pani zaczęła mnie popędzać:
     - Korabczyk! Czemu nie idziesz? Ciebie wołam czy nie?
     No więc poszedłem do tablicy. Pani powiedziała:
     - Wiersz!
     Znaczy, żebym powiedział wiersz, który był zadany. A ja nie umiałem. Nie wiedziałem nawet dobrze, jaki wiersz jest zadany. Dlatego od razu skombinowałem, że pani też może zapomniała, co jest zadane, i nie zauważy, co ja mówię. Więc zacząłem śmiało:

                Zima! Wesoło pohukując
                Wieśniak płozami drogę żłobi
                I szkapa, śnieg pod nogą czując,
                Tędy, owędy truchtem drobi.

     - To Puszkin - powiedziała pani.
     - Tak - powiedziałem - Puszkin. Aleksander Siergiejewicz.
     - A co ja zadałam? - spytała pani.
     - Tak! - powiedziałem.
     - Co "tak"! Co ja zadałam, pytam ciebie?
     - Proszę? - spytałem.
     - Co "proszę"? Pytam - ciebie: co ja zadałam?
     Wtem Michał zrobił naiwną minę i powiedział:
     - Proszę pani, czy on nie wie, że pani zadała Niekrasowa? Nie zrozumiał tylko pytania.
     Co to znaczy wierny przyjaciel! Tak sprytnie mi podpowiedział. Ale pani się już rozgniewała.
     - Słoński! Nie waż się podpowiadać!
     - Tak! - powiedziałem. - Czego się wtrącasz, Michał? Wiem i bez ciebie, że pani zadała Niekrasowa. Zamyśliłem się tylko, a ty się wtrącasz, przeszkadzasz tylko.
     Michał zrobił się czerwony i odwrócił się ode mnie. A ja znów sam z panią.
     - No? - powiedziała pani.
     - Proszę? - powiedziałem.
     - Daj spokój z tym "proszę"! - Już wiedziałem, że się za chwilę rozzłości naprawdę. - Mów. Na pamięć.
     - Co? - zapytałem.
     - Wiersz, ma się rozumieć - powiedziała pani.
     - A, rozumiem. Mam mówić wiersz? - powiedziałam. I głośno zacząłem: - Wiersz Niekrasowa. Poety. Wielkiego poety. Wielkiego rosyjskiego poety. Niekrasowa. Wiersz.
     - No! - powiedziała pani.
     - Proszę? - spytałem.
     - Mów zaraz! - krzyknęła biedna pani. - Natychmiast! Tytuł!
     Przez ten czas, gdy krzyczała, Michał zdążył mi podpowiedzieć pierwsze słowo. Szepnął z zaciśniętymi ustami, ale ja go świetnie zrozumiałem. Dlatego śmiało wystawiłem nogę naprzód i powiedziałem głośno:
     - Chłopina!
     Wszyscy zamilkli, pani też. Patrzyła na mnie uważnie, a ja jeszcze uważniej patrzyłem na Michała. Michał pokazywał coś dwoma palcami, kciukiem i wskazującym, potem złożył buzię w ciup i podpowiedział.
     Wtedy od razu sobie przypomniałem tytuł i powiedziałem:
     - Jak skrzynia!
     I powtórzyłem razem:
     - Chłopina jak skrzynia!
     Wszyscy się zaśmiali. A pani powiedziała:
     - Dość, Korabczyk! Nie wysilaj się, nic z tego nie wyjdzie. Jeśli nie wiesz, nie kompromituj się.
     Potem dodała:
     No, a jak tam z horyzontem? Pamiętasz, wczoraj postanowiliśmy, cała klasa, że będziemy czytali nadprogramowo ciekawe książki. Postanowiliście wczoraj nauczyć się nazw wszystkich rzek Ameryki? Nauczyłeś się?
     Oczywiście nie nauczyłem się. Ten latawiec po prostu zmarnował mi życie. Chciałem wszystko wyznać pani, ale zamiast tego nagle, niespodziewanie nawet dla samego siebie, powiedziałam:
     - No pewnie, że się nauczyłem. A jakże!
     Pani powiedziała:
     - No więc napraw te okropne wrażenie, jakie wywarłeś mówieniem wiersza Niekrasowa. Wymień mi nazwę największej rzeki w Ameryce i dam ci spokój. 
     Teraz przyszła kryska na Matyska. Aż brzuch mnie rozbolał, słowo daję. W klasie było cicho jak makiem siał. Wszyscy na mnie patrzyli. A ja patrzyłem w sufit i myślałem, że teraz to na pewno już umrę. Żegnajcie wszyscy! Ale w tej samej sekundzie zobaczyłem, że w lewym ostatnim rzędzie Piotrek Garbacki pokazuje mi jakąś długą wstęgę z gazety, a na niej coś namalowane atramentem, grubo nasmarowane, widać pisał palcem. Zacząłem się wpatrywać w te litery i wreszcie przeczytałem pierwszą połowę. Lecz nagle pani jeszcze raz spytała:
     - No, Korabczyk? Więc jak się nazywa główna rzeka Ameryki?
     Od razu poczułem się pewnie i powiedziałem:
     - Misipisi.
     Co było dalej, nie będę opowiadał. Wystarczy. I chociaż pani się śmiała do łez, jednak dwóję mi wlepiła, i cześć. Więc teraz poprzysiągłem sobie, że lekcje będę odrabiał. Do samej starości.

W. Draguński Przygody Dyzia tł. Henryka Pikulska, Wydawnictwo Literackie Kraków, Kraków, 1974

ekranizacje: na stronie z życiorysem autora

oryginalny tytuł:

денискины рассказы / DIENISKINY RASSKAZY