Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Sławomir Grabowski "Dziennik majtka kajakowego" 1983

opublikowane: 3 sty 2013, 14:30 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 3 sty 2013, 16:50 ]

     Jedna z najciekawszych opowieści o chłopięcej przyjaźni w polskiej literaturze dla dzieci i młodzieży. Historia jest jak wzięta z życia, choć niestety silnie osadzona w realiach peerelu. Sylwetki chłopców urocze, a ich charakterystyka bogata i wiarogodna. Książka jest pełna akcji, a końcówka porusza do łez.
     Dwunastoletni Lemek wraz z rodzicami szykuje się do spływu kajakowego. Mają na niego pojechać z zaprzyjaźnioną rodziną Marchwińskich i ich synem Mariuszem. Niestety mama Lemka przechodzi nagły atak wyrostka robaczkowego. Chłopiec zostaje zmuszony do wyjazdu bez rodziców. Na miejscu okazuje się, że Mariusz, z którym wrażliwy i inteligentny Lemek miał nadzieję się zaprzyjaźnić, ma trudny charakter. Jest chwalipiętą, lubi dyrygować innymi i nieustannie rozsadza go energia. Co więcej, nadpobudliwy chłopiec dowiaduje się, że Lemek prowadzi tajemniczy pamiętnik i wprost nie może wytrzymać z ciekawości, coż takiego ciekawego zawiera.
     Książka jest dobrze napisana, ale niestety trochę się zastarzała. Współczesne dzieci mogą nie zrozumieć niektórych zwrotów, np.: "jechać maluchem" i "mycie kocherów". Ta niedogodność może jednak okazać się zaletą, jeśli ktoś wychowywał się w czasach PRL i ma ochotę na sentymentalny powrót do czasów dzieciństwa.

Wiek bohaterów: Lemek (Klemens) 12 lat
                                    Mariusz - prawdopodobnie równieśnik Lemka

Wybrany fragment:

     Chwilę studiował mapę, ale bez większego entuzjazmu. Wszystko, co dotycżyło spraw ścisłych, nudziło go dość szybko. Poza tym chciał koniecznie pokazać, że on tutaj też coś znaczy.
Pogrzebał więc w plecaku i wyciągnął pudełko z błystkami.
     — Popatrz! — tłumaczył Lemkowi. — Ile tego mam. Te mniejsze na okonie, a te na szczupaki. Wszystkie pierwsza klasa! Jeśli będziesz chciał, to ci pożyczę.
     Samochód szarpnął na zakręcie i ławica srebrzystych błystek rozsypała się po bagażach. Szukali ich we wszystkich szparach i zakamarkach. Były już prawie wszystkie. Po ostatnią Mariusz zanurkował pod ławeczkę z boku samochodu. Ale zamiast z błystką, wyłonił się z czerwonym zeszytem Lemka, wyciągniętym z torby.
     — A to co? — zapytał.
Lemek poderwał się i może trochę zbyt gwałtownie wyrwał mu pamiętnik.
     — To nie jest do oglądania! — wykrzyknął i poczuł, że na twarzy wystąpił mu rumieniec.
     — Oszalałeś? — zaśmiał się głupio Mariusz. — Co? Tajemnica?
     — Tak! W pewnym sensie...
     — Taki jesteś kolega? — zawrzało w Mariuszu. — Dobra! Zapamiętam to sobie!
Samochód zahamował nagle i stanął na skraju szosy, tuż przy zielonym zagajniku.
     — Postój, chłopcy! — rozległ się głos pani Zosi. — Trochę lasu. Prostowanie kości, siusiu, i w ogóle. Poza tym na pewno jesteście głodni.
     — Ja nie! — warknął Mariusz, wyskoczył z furgonetki i pomaszerował w las.
     — Ty też nie jesteś głodny? — zapytała spokojnie pani Zosia, wyciągając torbę z prowiantem. — Bo my z panem kierowcą jak wilki!
     — Jestem trzeci wilk w kolejce — uśmiechnął się Lemek. — A Mariusz, jak złapie trochę powietrza, też na pewno zje. Strasznie dziś duszno!
     Pani Zosia rozłożyła serwetę na skraju lasku i zaczęła kroić chleb, a Lemek usiadł pod drzewem i medytował nad swoim pamiętnikiem. „Głuptas z tego Mariusza. Czy mój pamiętnik jest tajemnicą? — myślał. — Może trachę tajemnicą, ale przede wszystkim czymś własnym. Bo każdy musi mieć coś wyłącznie dla siebie. Teraz może mniej już o tym myślę. Kiedyś było to dla mnie najważniejsze".
     Napisał po namyśle:
          „Mariusz to miły chłopak, ale chce wszystko wiedzieć i o wszystkim decydować. To trochę dziwne, bo mnie nigdy na tym nie zależało. Niepotrzebnie dowiedział się o pamiętniku. Dla niego będzie to teraz wielka tajemnica. Czy kiedyś mu ją zdradzę? Zobaczymy. Teraz na pewno nie".
     Tymczasem Mariusz bez celu wałęsał się po zagajniku, wyrzekając w duchu na Lemka, panią Zosię i w ogóle na wszystko.
     — Nieźle się zaczyna — mamrotał. — Babskie rządy i na dodatek ten tajemniczy maminsynek!
     Kopnął z wściekłością jakąś koślawą bedłkę, huknął jak z armaty w muchomora, który, roztrzaskany, zatrzymał się prawie na czubku dwumetrowego chojaka.
     — I to ma być las? — wrzasnął. — Rżysko, nie las! Znów zamajaczyło mu coś pod nogą. Zamachnął się
i nagle spostrzegł, że to... prawdziwek!
     Trójka z samochodu jeszcze dobrze nie zasiadła do posiłku, kiedy z lasu wypadł z wielkim krzykiem Mariusz. W wypuszczonej ze spodni koszuli targał przed sobą stos pięknych, brunatnych grzybów.
     — Widzieliście kiedyś takie grzyby? Takie wielkie prawdziwki?
     — W tym roku jeszcze nie widziałam — powiedziała pani Zosia z udaną powagą.
     — Bo trzeba umieć szukać! — zachłystywał się Mariusz. — Trzeba mieć nosa. Właściwie wszedłem prosto na nie.
     — Dwa lata temu, w tym samym miejscu, też znalazłam prawdziwki. Przypadkiem. Dlatego pomyślałam sobie, że i w tym roku warto tu przystanąć.
     Mariuszowi wydłużyła się mina. Od razu stracił cały humor.
     Pani Zosia dostrzegła to i dodała szybko:
     — Ale moje grzyby nie były takie wspaniałe. Te są... jak z atlasu! Dlatego proponuję nagrodę — największą kromkę chleba dla rekordzisty!
     Mariusz popatrzył na Lemka z triumfem, na panią Zosię z sympatią i bez oporów sięgnął po grubą pajdę chleba, obłożoną plastrami ogórków i pomidorów.
 
(str. 18 - 21)

S. Grabowski Dziennik majtka kajakowego, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1983

tagi: recenzja, opis, charakterystyka, streszczenie
Comments