Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Markéta Zinnerová "Indianie z Wichrowa" 1979

opublikowane: 8 paź 2012, 11:31 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 15 lut 2015, 03:11 ]

     "Indianie z Wichrowa" to jedna z najbardziej znanych powieści czeskiej pisarki Markéty Zinnerovej. Markéta po skończeniu Studium Oświatowego pracowała w różnych zawodach m.in. jako konduktorka na kolei. Później zaczęła pisać w prasie dla młodych. Obecnie, od niemal czterdziestu lat, jest reżyserem programów teatralnych, autorką słuchowisk radiowych, scenariuszy do programów i filmów telewizyjnych, a przede wszystkim kilkudziesięciu książek dla dzieci.
     Powieść "Indianie z Wichrowa" opowiada o chłopcach z przygranicznego Domu Dziecka, zwanego Wichrowem, którzy pod dowództwem Przemka Grozy "Dziczego Kła" organizują się w indiański szczep. Podopiecznym kilkunastoletniego chłopaka jest mały rozrabiaka - ośmioletni Franek, zwany też "Bystrym Lisem".
     Niestety książka, mimo opisania wielu zabawnych i ciekawych wydarzeń, jest dość smutna. Przedstawia motyw samotności i tęsknoty za własną rodziną. Młodzi bohaterowie spotykają się nie tylko z dziecięcymi problemami tj. pierwsza miłość, walki z dzieciakami ze wsi, ale też całkiem poważnymi np. próbami ochronienia pięknego wilczura Dana od uśpienia. Cała historia jest przesycona dużą dawką melancholii. Warto ją jednak polecić ze względu na wnikliwe portrety małych bohaterów. Opisy Franka, który chce być grzeczny, ale wciąż wpadają mu do głowy jakieś psoty, są urocze i przesympatyczne.

Wiek bohaterów: Franek Pchełka "Bystry Lis" - 8 lat (doktor mówi, że ma "prawie dziewięć")

Wybrany fragment:

     W pobliżu szkoły wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Z bocznej uliczki wymaszerował wspaniale ubarwiony kogut. Takich piór nie udało się zdobyć nawet wodzowi. Ogon miał ten kogut jak chorągiew i jeszcze na domiar wszystkiego prowokacyjnie nim powiewał. Nawet święty nie oparłby się pokusie. Frankowi rozszerzyły się oczy. Momentalnie zdecydował, że ten dumny ptak podzieli się z nim swoją ozdobą.
     Zapomniał o chłopcach, o codziennym przykazywaniu wychowawczyni, przeznaczonym głównie dla niego, że z domu idzie się prosto do szkoły, a ze szkoły z powrotem do domu, i poszedł za kogutem.
     Ptaszysko wycofało się na ścieżynkę między ogrodami. Co i raz od niechcenia dziobnęło to tu, to tam - i z urazą nastroszyło szyję. Krok Franka stawał się coraz ostrożniejszy.
     Przemek obejrzał się za nim, ale nie uważał za stosowne mu przeszkadzać. W końcu jest kolegą, a nie niańką chłopca.
     Kogut, choć w jego kurzym móżdżku nie zaświtało żadne podejrzenie, stał na progu ciężkiego momentu swego życia. Łobuziak, niby szczwany lis, strojąc uprzejme i radosne miny, wyciągnął ku niemu dłoń szepcząc co chwila:
      - Cip, cip, cip...
     Druga ręka powolutku wyciągnęła jednocześnie z kieszeni procę, ostrożnie podniosła kamyczek.
      - Cip, cip, cip - i prask!
     Kogut zagdakał przerażony i wleciał do cudzego ogrodu. Niektóre z jego prześlicznych piór zostały na ścieżce. Franek zadowolony rozciągnął buzię od ucha do ucha i rzucił się ku nim.
      - Ja ci dam, ty potworze... - odezwało się z ogrodu.
     Franuś odruchowo przykurczył się do ziemi.
      - ...Szymowy - i głos, już z satysfakcją, dodał: - Oskubany!
     Franek odetchnął z ulgą, odłożył na bok procę i zaczął zbierać pióra. Sponiewierany kogut, do tego jeszcze wypędzony z cudzego ogrodu, wyleciał z powrotem na ścieżkę. Żałośnie gdacząc dreptał pośpiesznie do domu.
      Naraz na ścieżkę wyszedł kolega Przemka, Lojzek Szyma. Wytrzeszczył oczy na koguta, który był ozdobą kurnika Szymów, i nabrał powietrza w płuca.
      - Ty smrodzie, tyś mu ustrzelił pióra! - wrzasnął podnosząc ręce w górę, jakby się paliło. - Ja ci pokażę!
     I Lojzek w biegu schylił się po kamień. Franek nie czekał. Złapał w garść resztę piór, byle jak wepchnął je do kieszeni i leciał z powrotem do szkoły, jakby szło o życie. Niestety, zapomniana proca stała się łupem Szymy. Ale tylko na małą chwilkę zatrzymała Lojzka. Jeszcze z większym rozpędem ruszył za Frankiem. Ani trochę nie dbał o napomnienia dziadka, że nie wypada się bić z mniejszymi chłopcami.
     Droga do szkoły już opustoszała. Tylko doktor Wacławik, z głową pochyloną w głębokim zamyśleniu, śpieszył do zakładu opiekuńczego dla małych dzieci.
      - Dzień dobry! - krzyknął Franek.
     Nie pozwoliłby sobie na zaniechanie przywitania nawet w największym pośpiechu. Lekarz był osobistością szanowaną we wsi, a Franek osobiście czuł dla niego respekt i uznanie. Doktor Wacławik, wyrwany z zamyślenia, odpowiedział i z pewnym zainteresowaniem popatrzył na uciekającą figurkę, której z obu kieszeni powiewały kogucie pióra. Jedno, żałośnie połamane, leżało na drodze.
     Ledwie ruszył dalej, o mały włos nie zderzył z nim szkolny wyrostek Szyma. Z oczami wytrzeszczonymi, z procą w ręce, wrzasnął na całe gardło:
      - Ty smrodzie! Dzień dobry!
     Doktor prawidłowo rozstrzygnął, że pierwsze zdanie odnosi się do Franka, drugie do niego, nie wysilił się na odpowiedź. Szyma, pędzący wielkimi susami w stronę szkoły, i tak by nie usłyszał.
     Doktor chwilę postał, ciekaw, jak się skończy wyścig, a kiedy stwierdził, że Franek wpadł szkoły i zręcznie zatrzasnął drzwi przed nosem prześladowcy - na jego chudej twarzy zajaśniał nieoczekiwany uśmiech.

(str. 22-26, rozdział 3 "Postrzelony kogut")

M. Zinnerová Indianie z Wichrowa tł. Hanna Kostyrko, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1988

Oryginalny tytuł:

Indiáni z Větrova

Ekranizacja: "Indiáni z Větrova" z 1979 r. reż. Július Matula. W roli Franka wystąpił Jiří Strnad:


Najlepsze powieści o wychowankach domów dziecka:

1954 - Gilbert Cesbron "Bezdomne psy"
1979 - Markéta Zinnerová "Indianie z Wichrowa"
1987 - Klára Márton "Proszę mnie porwać!"