Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Klára Márton "Proszę mnie porwać!" 1987

opublikowane: 18 lip 2012, 04:24 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 15 lut 2015, 03:14 ]

     Książka Kláry Márton to piękna, niemal baśniowa opowieść o osieroconym chłopcu Misim mieszkającym w pewnym węgierskim domu dziecka. Misi to zdrobnienie od Mihály Simo. Jego najlepszym przyjacielem jest Dönci, a ulubioną opiekunką pani Ági. Misi lubi samotnie przesiadywać w bibliotece, odwiedzać kucharkę Jolan, często przychodzą do niego wymyśleni przyjaciele: wrona Czarnogłówka, która gra na skrzypcach i biały słoń z sufitu sypialni, który nosi wodę w trąbie.
     Misi jest samotnym i milczącym dzieckiem, ponieważ nikt go nie odwiedza w niedzielne popołudnia. Kiedy czuje się źle, wymyka się z domu, przechodzi przez duży kamienny mur i spaceruje po ulicach miasteczka. Pewnego razu będąc na targu z innymi dziećmi, zauważa panią Rózsikę. Razem z koleżanką rozmawia ona o gromadce dzieci. Misi śledzi ją, aż do domu z pelargoniami na parapecie i pisze list "Proszę mnie stąd zabrać. Albo porwać.", niestety wstydzi się do tego przyznać i kobieta nie może go odszukać.
     Książka jest trochę smutna, ale i wzruszająca. Misi jest bardzo miłym chłopcem, ale czasami upartym i milczącym. Jest zazdrosny o swoją ukochaną panią Ági. Nie chce być zauważony - często stoi z rękami założonymi z tyłu i schyloną głową - ale też bardzo chce być kochany. Książka powinna się spodobać dzieciom o trochę melancholijnym charakterze, które są czasem smutne i zamyślone. I chyba każdemu, komu już się znudziły wszechobecne historie o szczęśliwym, beztroskim, słodkim dzieciństwie. Misi jest tak autentyczny w swoich uczuciach, przemyśleniach, życzeniach i spostrzeżeniach, że można się z nim wręcz zaprzyjaźnić. 

Wiek bohaterów: Misi ok. 9 lat (chodzi do trzeciej klasy węgierskiej szkoły podstawowej w latach 70. XX w.)

Wybrany fragment:

     Każdego ranka idąc do szkoły przechodzili koło parkanu z powyłamywanymi sztachetami. Zawsze tutaj zwalniali kroku i nawet dyżurny ich nie poganiał. Można się było zatrzymać na kilka minut. Cisnęli się do ogrodzenia, a suche sztachety aż trzeszczały pod naporem sporej gromadki dzieci. Płot był już zresztą przechylony w stronę podwórza. 
     Było to ładne, zadbane podwórze. Stóg słomy, otwarta szopa, której dach pleciony z trzciny i prętów wiklinowych wspierał się na czterech grubych słupach. W szopie znajdowały się rozmaite narzędzia, zardzewiały pług i ustawione jedna na drugiej beczki do wina. Widać było, że dawno ich nie używano i leżały tam, bo nie było ich gdzie wyrzucić. 
     Do jednego ze słupów podtrzymujących dach szopy przylegała psia buda. Dach miała taki jak wiejskie domy. Zrobiony z blachy i nawet z daleka było już widać, że się nieco zapadł, a od częstych deszczów pokrył się czerwoną rdzą.
     Gospodarzami obejścia była para staruszków. Dzieci nie znały imienia kobiety, jej męża zaś nazywały dziadkiem Gézą. Starzy zawsze byli w domu. Żadne z nich już nie pracowało. Kobieta czasami wychodziła na podwórze albo siedziała w fotelu na biegunach, jeśli była ładna pogoda. Ale nigdy nie podeszła do dzieci, kiedy zatrzymywały się przy ogrodzeniu. Tylko kiwała im ręką i uśmiechała się. Od tego ruchu fotel zaczynał się bujać i kobieta znów nieruchomiała. 
     Dlaczego zatrzymywali się codziennie przy tym obejściu?
     Ilekroć słychać było wrzawę zbliżających się dzieci, gdzieś z głębi podwórza nadbiegał czarny kudłaty pies. Tylko bardzo rzadko trzeba było na niego gwizdać. Zawsze czekał na nich wesoło poszczekując, przez dziurę w ogrodzeniu wyskakiwał na drogę, skakał na nich, szarpał zwisające rzemienie teczek czy końce pasków, po czym wracał za płot i tam dostawał prezenty. 
     Dziadek Géza powiedział dzieciom, że tylko na podwórzu można karmić psa, niech więc rzucają przyniesione smakołyki na podwórze.
     I obydwie strony surowo przestrzegły tej umowy. Zarówno dzieci, jak i Csicsiri. Dlaczego nazwano psa Csicsiri? Tego nikt nie wiedział. Zdaniem Misiego imię to pasowało raczej do ptaka, ale to nie było istotne.
     Rzucali Csicsiriemu kawałki nadgryzionego chleba z masłem, końce rogalików, skórki od kiełbasy. Csicsiri uszczęśliwiony skakał wysoko, chwytał w locie przysmaki, potem kładł je na trawie, szybko obwąchiwał i czekał na następne. Kiedy czasami nie zdążył pochwycić zębami i jakiś smakołyk trafiał go w nos, radośnie szczekał, błyskał białkami oczu i okręcał się dokoła. Dzieci wysoko podrzucały jedzenie niczym piłkę i Csicsiri miał czas, by w porę podbiec i otworzyć pysk.
     Również i tego ranka, kiedy przed maszerującymi ukazał się mały domek, wszystkim poprawił się humor. Zły nastrój, spowodowany wczesnym wstaniem, rozproszył się, znikło wspomnienie niestarannego czyszczenia zębów.
      - Stój! - zarządził Zoli, który był dyżurnym. - I pospieszcie się!
     Dzieci podbiegły do ogrodzenia. Pod ich naporem trzeszczały deski. Ale kiedy zajrzały na podwórze, zobaczyły resztki swojego wczorajszego śniadania. Leżało tam kilka skórek chleba, zakrzywionych niczym rogaliki.
     Kiedy indziej zawsze witało ich czyste podwórze, na ziemi można było widzieć długie ślady miotły i jedynie koronkowe ślady łap Csicsiriego zdobiły gładką powierzchnię.
     Teraz panowała dziwna cisza. Podwórze było czyste, ale nigdzie nie dostrzegli śladów psich łap.
     Dzieci stały w milczeniu. W dłoniach trzymały przygotowane śniadanie. Ktoś gwizdnął, ale reszta nie poszła za jego przykładem.
      - Co to jest! - powiedział w końcu Dönci i kilkakrotnie odchrząknął.
     Na to zrobił się szum. zaczęto wołać Csicsiriego, potem dziadka Gézę i znów Csicsiriego.
     Otworzyły się drzwi domu i pojawił się w nich dziadek Géza w kapeluszu na głowie, popatrzył na nich, ale tak jakby wcale ich nie dostrzegał, pochwycił oparte o ścianę widły i ruszył w stronę ogrodu za domem.
     Dzieci parzyły na siebie, nic nie rozumiejąc, po czym w tej wielkiej ciszy, któreś odezwało się cicho:
      - Proszę pana...
     Dziadek Géza zatrzymał się w pół drogi. Oparł się na trzonku od wideł, które wbił w ziemię.
      - Idźcie dalej - powiedział dziwnym głosem. - Csicsiri nie jest dzisiaj głodny.
     Nikomu nie przyszło do głowy, by wrzucić jedzenie. Ale też nie ruszyli się z miejsca.
      - Słyszeliście? Nie jest głodny - powtórzyło któreś dziecko.
      - A gdzie jest?
     To własnie Misi zadał to pytanie.
     Po czym rozległ się koncert gwizdów i straszliwy wrzask.
      - Csicsiri!... Csicsiri!...
     Dziadek Géza odwrócił się, wyciągnął z niemi widły i postąpił w ich stronę kilka kroków.
     - Zabierajcie się stąd! Zrozumieliście?
     Dzieci szybko wybiegły na drogę. Zoli nawet nie musiał zarządzać zbiórki. W nierórnym dwuszeregu spieszyły do szkoły.
     Misi poczuł dziwną pustkę. Nie pojmował, co to jest. Zupełnie jakby samotnie wędrował przez wielkie pustkowie, którego końca nie widać.
     Na rogu ulicy skręcili w stronę szkoły. Słyszeli metalowy dźwięk dzwonka zawieszonego na podwórzu. Po raz pierwszy odzywa się za piętnaście ósma. O tej porze należy być już w klasie. Rozpakować się, oddzielnie ułożyć książki potrzebne tego dnia, oddzielnie zeszyty i oddzielnie woreczek z mydłem i ręcznikiem.
     Rzucili się biegiem.
     Misi pozostał w tyle. Nikt tego nie zauważył. Ukrył się w zagłębieniu bramy. Kiedy drzwi szkoły sie zamknęły, rzucił teczkę w krzaki przy ogrodzeniu i ruszył z powrotem. Zatrzymał się przed domem dziadka Gézy. Przykucnął tuż przy płocie, skąd dobrze można było widzieć część podwórza.
     Ogrodzenie z drucianej siatki oddzielało pierwszą, czystą część podwórza od drugiej, tylnej, gdzie był stóg słomy, mnóstwo nagromadzonego chrustu i coś w rodzaju kurnika, leżała tam też kupa śmieci.
     Jakaś samotna kura grzebała w ziemi za ogrodzeniem.
     Misiemu nogi zdrętwiały. Usiadł więc i uchwycił się sztachet płotu.
     Na podwórzu żadnego ruchu.
     - Csicsiri - powiedział prawie szeptem Misi.
     Po jakimś czasie od strony ogrodu nadszedł pan Géza. W ręku trzymał widły. Misi jeszcze bardziej się skulił.
     Dziadek Géza patrzył w ziemię i szedł prosto w jego stronę. Misi już chciał uciekać, ale stary człowiek zatrzymał się przy szopie, nachylił się nad psią budą, przez chwile postał nieruchomo, po czym wsunął widły przez otwór budy i coś wyciągnął.
     Misi najpierw zobaczył tylko jakąś czarną masę. Dziadek Géza wsunął pod to coś widły i podniósł do góry.
     W tym momencie Misi poznał bezwładne, martwe ciało Csicsiriego. Dziadek Géza zaniósł je na tał podwórza. Misi zaczął się bać, czuł, jakby ktoś stał za jego plecami, ale nie śmiał się odwrócić. Dziadek Géza położył psa na ziemi, widłami wykopał dół i włożył do niego Csicsiriego.
     Od stacji doleciało dudnienie pociągu. Misi zaczął biec w stronę, gdzie gęsty, czarny dym ulatywał do nieba i rozlegał się gwizd manewrującego pociągu. Jakby jakiś olbrzym bawił się swoim gwizdkiem.
     Misi stał na stacji, skąd we wszystkich kierunkach rozbiegały się szyny i ginęły w dali. Nadjeżdżał parowóz. Misi wciąż czuł, że ktoś niewidzialny stoi za jego plecami. Pomyślał też sobie, że właśnie teraz on powinien zwyciężyć tego kogoś. Parowóz zrównał się z nim. Na stopniu lokomotywy stał jakiś mężczyzna i ręką dawał komuś znaki.
     Zawołał do Misiego:
      - Co jest synku? Chciałbyś podróżować?
     Misi zaczął biec ze parowozem. Mężczyzna patrzył przestraszony, żeby tylko nie zaczepił go któryś z wagonów. Ręką dał znak "stać" komuś, kto siedział w środku i kierował parowozem. Para i dym buchnęły gęsta chmurą ku niebu. Słychać było potężny syk i lokomotywa zatrzymała się posapując.
      - A niech to licho! - zawołał zdenerwowany mężczyzna.
     Misi stał przed nim. Czuł się teraz okropnie mały, powinien spojrzeć w górę w twarz mężczyzny, ale tylko gapił się na błyszczące od smaru koła lokomotywy.
     Usłyszał śmiech.
      - No, w porządku. Nic się nie stało. Wskocz tu, synku!
     Wyciągnął do Misiego ogromną rękę. Była wielka jak łopata. To dodało chłopcu odwagi. Za chwile juz stał na stopniu między drzwiczkami a mężczyzną w czarnym ubraniu i parowóz ruszył. Ubranie nieznajomego przesycone było dymem i ubrudzone sadzą. I kiedy Misi wciągnął do płuc ten zapach, ukazał mu się widok nieznanych okolic i rzek.
      - Jak się nazywasz? - spytał mężczyzna.
      - Misi - odpowiedział.
      - No, Miska, dokąd pojedziemy? No, dokąd? - I krzyknął do swego towarzysza, który miał czarną twarz i z ust zwisał mu pet: - Przejedziemy się trochę dalej! Powozimy naszego pasażera!
     Minęli wieś. Misi objął mężczyznę w pasie, własnie jechali przez pola kulkurydzy i słoneczników, których złociste głowy niemal ocierały się o jego twarz. Mógłby je nawet pochwycić, były tak blisko.
     Misi przymknął oczy wchłaniając stukot kół i zapach dymu. Drobne węglowe pyłki osiadały mu na twarzy, znalazł się nagle jakby w innym świecie. Chyba tylko smak pierwszego loda wywołał w nim takie uczucie radości, jakie własnie teraz odczuwał. I może jeszcze zatarte barwy i wonie dawnego Bożego Narodzenia.
     Pociąg zatrzymał się. Misi otworzył oczy. Ujrzał ogromną łąkę. Trawa i krzewy miały kolor niebieski. Gonili się po niej jacyś nieznani chłopcy i dziewczynki, małe wesołe pieski biegały za nimi poszczekując.
     Misi poznał Csicsiriego i spojrzał na nieznajomego kolejarza, jakby mówiąc, że chciałby teraz wysiąść. Mężczyzna przyzwalająco kiwnął głową.
      - Idź, idź, zaczekamy!
     Zeskoczył ze stopni parowozu i pobiegł na przełaj przez łąkę. Dzieci bawiły się w kółko. Dwie dziewczynki puściły ręce, aby przyjąc do swego grona Misiego. Skądś dolatywał śpiew i dźwięki harmonijki. Misi opuścił koło i kręcił się biegając wśród mnóstwa piesków, bo własnie stracił z oczu Csicsiriego. W końcu odnalazł go. Leżał koło małego chłopca. Kiedy zobaczył Misiego, poruszył ogonem i skoczył na niego, jego długa potargana sierść lśniła czernią.
     Mały chłopiec uśmiechnął się.
      - Nie przyniosłeś mu chleba z masłem? Bardzo lubi...
     - Przyjdę tu jeszcze kiedyś - obiecał Misi i zapytał - Dlaczego tak was tutaj dużo?
     Koło nich usiadły bose dziewczynki.
      - To stacja końcowa - powiedziała jedna z nich. - Byleś tu już kiedyś?
      - Jeszcze nie - odpowiedział. - Ale dlaczego końcowa? Pociąg już dalej nie jedzie?
      - Nie - odparł poważnie mały chłopiec. - Tu są takie psy, które nikogo nie ugryzły... Przyjdź jeszcze kiedyś. My codziennie się tutaj bawimy.
     W oddali zaczął posapywać parowóz. Czarny kłębiący się dym nieco zasmucił Misiego, ale mimo to czuł, że wszystko jest w porządku. On sam jest silny i za jego plecami nie stoi nikt, kogo musiałby się bać. Pożegnał się z dziećmi i pobiegł do parowozu. Csicsiri przez jakiś czas biegł razem z nim, wesoło ujadając, po czym pozostał w tyle i znikł w gromadzie innych psów.
     Misi znów objął w pasie kolejarza. Teraz przetaczali skład z powrotem. Ukazał się pobielony budynek stacji i pociąg stanął.

Autorka ilustracji: Maria Orłowska-Gabryś

K. Márton Proszę mnie porwać! tł. Alicja Mazurkiewicz, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1987

Oryginalny tytuł: Tessék engem elrabolni!


Najlepsze powieści o wychowankach domów dziecka:

1954 - Gilbert Cesbron "Bezdomne psy"
1979 - Markéta Zinnerová "Indianie z Wichrowa"
1987 - Klára Márton "Proszę mnie porwać!"