Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Ewa Maria Letki "Łódź Wikingów" 1982

opublikowane: 15 sty 2013, 05:14 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 31 sty 2013, 09:23 ]

     "Łódź Wikingów" to powieść, którą łatwo pokochać. Jej młodzi bohaterowie są jak z krwi i kości, utkwieni w rzeczywistym skomplikowanym świecie międzyludzkich relacji, a mimo to narracja zaskakuje mnóstwem śmiesznych momentów, opisanych w piękny i uroczy sposób. Przedstawione w niej wydarzenia są tak oryginalne i bogate w szczegóły, że wydaje się niewiarygodne, by to wszystko było po prostu zmyśleniem. Prawdopodobnie, w dużej mierze, książka opiera się na wspomnieniach autorki z lat dziecięcych.
    Bohaterem "Łodzi Wikingów" jest Piotrek, który mieszka z rodzicami, ciotką Stasią i młodszym braciszkiem Pawełkiem w "domu z czerwonej cegły" w małym polskim miasteczku. Jest w grupce przyjaciół do której należą też Tomek, Asia ("Prezesówna") i Kasia. W tej ostatniej chłopiec podkochuje się skrycie. Powieść złożona jest z wielu luźno powiązanych epizodów: jak Piotrek i Tomek postanowili sprawić, żeby ich ojcowie byli mniej przeciętni, spotkanie Piotrka i Kasi na polanie podczas wycieczki szkolnej, przyjście paczki "od krewnych zza oceanu", zabawy na strychu czy choroba Pawełka. Te krótkie opowiastki połączone są klamrą w postaci budowanego przez Piotrka modelu łodzi wikingów, który jest symbolem jego powolnego zmierzania ku dorosłości.
     Książka może zainteresować chłopców w wieku 10 - 12 lat, ale jej lektura jest też ciekawa i przyjemna dla dorosłych.

Wiek bohaterów: Piotrek - wiek szkolny (11?)
                                    Tomek - wiek szkolny
                                    Pawełek (brat Piotrka) - wiek przedszkolny (6?)
                                    Krzyś (przyjaciel Pawełka) - wiek przedszkolny

Wybrany fragment:

     Nagle zauważyli Pawełka. Nadciągał główną ulicą miasteczka i już z daleka można się było zorientować, że całą drogę przebył biegiem.
      - Piotrek, Piotrusiu! - wrzeszczał. - Chodź do domu! Do nas przyszła paczka! Zza oceanu!
     Wołał „Zza łoceanu", ale i tak było wiadomo, o co chodzi. Zziajany, brudny Pawełek miał na nogawce wielki placek błota, a mokre kosmyki sterczały we wszystkie strony. Oczy z wysiłku wyszły mu na wierzch.
      - Chodź - jęczał. - No, chodź!
      - Co pleciesz? - odezwał się Piotrek spokojnie. - Nie mamy nikogo za oceanem.
     Pawełek przełknął ślinę tak gwałtownie, że aż mu coś zapiszczało w gardle.
      - Mamy - wysapał. - O rany, okazało się, że tatuś ma, ale to przecież to samo.
      - Oczywiście - zgodził się Piotrek złażąc z barierki. - A co to za paczka?
      - Nie wiem - odpowiedział Pawełek. - Na razie przyszło wezwanie na pocztę. Chodź, bo tatuś mówi, że potem będziesz żałował i złościł się.
     Kasia, Tomek i Prezesówna otoczyli Piotrka i każde oddzielnie zastanawiało się, co to za paczka. Duża jest czy mała?
      - Ciekawe, zza jakiego oceanu? - myślała głośno Prezesówna. - Może zwyczajnie znad morza?
      - Nie mamy nikogo nad morzem - odpowiedział Piotrek.
      - Za oceanem też nie macie - zauważyła. - Sam przed chwilą mówiłeś. On cię pewnie oszukuje. Nie ma żadnej paczki. Pewnie wymyślili coś z Krzyśkiem.
     Usłyszawszy to Pawełek poczerwieniał i zaczął przysięgać, zaklinać się i bić w piersi, że to najprawdziwsza prawda. Robił to tak przekonywająco i gorliwie, że nie sposób było nie wierzyć. Na końcu powiedział:
      - Niech mnie szlag trafi, jeżeli kłamię!
      - Najlepiej sprawdzić - powiedziała Kasia. - Możemy przecież iść wszyscy.
     Ruszyli za Piotrkiem, a właściwie ledwie nadążali za Pawełkiem, który potykając się biegł przodem, jakby miał zamiar obwieścić coś całemu miastu i bał się, że ktoś go ubiegnie. By tak straszliwie ciekawy, że gdyby pękł, nie zostałoby nic, nawet ściągacze od swetra, chociaż zrobiła je ciocia Stasia z mocnej owczej wełny.
     Przed domem czekali rodzice. Widząc Pawełka, mama najpierw roześmiała się szeroko, a potem przyjrzawszy mu się dokładniej, spoważniała i kategorycznie nakazała iść na górę i umyć się.
     Ciocia Stasia nie chciała wziąć udziału w sprawie. Powiedziała, że nic ją nie obchodzą żadne paczki i przez ten czas ona sobie spokojnie powycina nagniotki. Nikt nie będzie patrzył jej na ręce i mówił: „Ojej!" i „A nie poszłabyś ty, Stasiu, do pedikiurzystki?"
     Widząc taką ilość dzieci mama powiedziała, że nie wpuszczą ich na pocztę. Pomyślą, że to napad. W związku ze słowem „napad" ojciec wsadził rękę do kieszeni. Wezwanie na pocztę zaszeleściło obiecująco.
     Wrócił umyty Pawełek i mogli ruszyć. Pa drodze zauważyli, że za drzewem czai się Krzyś, więc zabrali również Krzysia.
     Kiedy dotarli na pocztę, Kasia, Tomek i Prezesówna dyskretnie pozostali na zewnątrz i przytrzymali Krzysia, który pchał się do środka.
     Paczka była podłużna i nie tak wielka, jak się spodziewali. 
      - Tu rozpakujemy, tu - prosił Pawełek miętosząc papier. Wpychał się między rodziców, odsuwał Piotrka, aż wreszcie wlazł jakiemuś panu na nogę. Mama złapała go za kołnierz i odciągnęła na bok.
     Po powrocie do domu było tak samo. Tomek, Prezesówna i Kasia zostali w ogródku, a Piotr, Pawełek i rodzice powędrowali na górę, żeby otworzyć paczkę.
     Pawełek wyrywał mamie nożyczki, poszarpał papier, wreszcie wlazł na stołek i razem z nim rąbnął na podłogę.
      - Ty mały wstrętny smarkaczu! - rozeźliła się mama. - A uspokój się nareszcie, bo wylecisz stąd!

(odbiór "paczki z Ameryki", str. 38 - 41)

E. M. Letki Łódź Wikingów, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1982

tagi: recenzja, opis, charakterystyka, streszczenie