Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Proza dla dzieci‎ > ‎

Astrid Lindgren "Mio, mój Mio" (1954)

opublikowane: 6 wrz 2012, 10:45 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 20 maj 2013, 16:48 ]

     Najlepsza powieść dla dzieci, jaką kiedykolwiek napisano. Stylistyczne arcydzieło dorównujące wielu fragmentom Biblii i "Don Kichote" Cervantesa. Książka pełna symboliki, z wartką akcją, prostymi (zrozumiałymi dla dzieci), a jednocześnie głębokimi i poruszającymi charakterystykami bohaterów. Chłopięcy bohater jest sympatyczny i ujmuje za serce od pierwszej strony. Opisuje on swoje przygody prostymi, niewyszukanymi słowami, za którymi kryje się niewypowiedziana samotność i tęsknota za rodzicami i cały świat dziecięcych marzeń i prostych radości.
     Bosse Wilhelm Olson jest sierotą. Mieszka z przybranymi rodzicami na ulicy Środkowej 13 w Sztokholmie. Jest bardzo nieszczęśliwym chłopcem. Ciotka Edla i wujek Sixten, jego prawni opiekunowie, nie są dla niego życzliwi. Kiedy obserwuje, jak wspaniałych rodziców ma jego kolega Benka, jest mu jeszcze bardziej żal. Pewnego wieczora, siedząc na ławce w parku, przenosi się do krainy, w której ma wszystko, o czym marzył: kochającego ojca, mnóstwo przyjaciół i pięknego konia. Niestety szczęście zakłóca tam ucieleśnienie wszelkiego zła - niegodziwy rycerz Kato.

Wiek bohatera: Bo Wilhelm Olson / Mio - 9 lat
                                 Benka / Jum-Jum - prawdopodobnie tyle samo

Wybrany fragment (pierwsze strony książki):

     Czy ktoś słuchał radia piętnastego października, w zeszłym roku? Czy ktoś słyszał komunikat o zaginionym chłopcu? W radio mówili tak: „Policja poszukuje dziewięcioletniego Bo Wilhelma Olssona, który przedwczoraj wieczorem, o godzinie osiemnastej; wyszedł z domu przy ulicy Środkowej 13 w Sztokholmie i dotychczas nie powrócił. Bo Wilhelm Olsson ma włosy jasne, oczy niebieskie, ubrany był w krótkie brązowe spodenki, szary sweter robiony na drutach i małą czerwoną czapeczkę. Informacje o zaginionym należy zgłaszać na najbliższym posterunku policji".
     No, więc tak mówili. Ale żadne informacje o Bo Wilhelmie Olssonie nie wpłynęły. Znikł. I nikt się nigdy nie dowiedział, co się z nim stało. Nikt nic nie wie. Prócz mnie. Bo ja jestem Bo Wilhelm Olsson.
Bardzo bym chciał wszytko to komuś opowiedzieć, gdyby było można, przynajmniej Bence. Bawiłem się zwykle z Benką. On też mieszka na ulicy Środkowej. Właściwie ma na imię Bengt, ale wszyscy nazywają go Benka. Na mnie też oczywiście nikt nie mówi Bo Wilhelm Olsson. Tylko mówią Bosse.
     To znaczy, mówili Bosse. Teraz, kiedy zaginąłem, nie mogą oczywiście nijak do mnie mówić. Tylko ciotka Edla i wuj Sixten mówili do mnie Bo Wilhelm. Wuj Sixten to nawet i tak nie mówił. On się w ogóle do mnie nigdy nie odzywał.
     Byłem na wychowaniu u cioci Edli i wuja Sixtena. Wzięli mnie, jak miałem rok. A przedtem byłem w domu dziecka. Stamtąd mnie ciotka Edla przyniosła. Właściwie chciała dziewczynkę, ale żadnej dziewczynki do wzięcia nie było. Więc wzięła mnie. Chociaż wuj Sixten i ciocia Edla nie lubili chłopców. A zwłaszcza dziewięcioletnich chłopców. Uważali, że za dużo robię w domu hałasu, że za dużo błota nanoszę, kiedy wracam ze skwerku Tegnera, gdzie chodziłem się bawić, że rozrzucam wszędzie ubranie, że za głośno się śmieję i mówię. Ciocia Edla ciągle powtarzała, że nieszczęśliwy to dzień, kiedy przybyłem do ich domu. Wuj Sixten nic nie mówił. To jest, owszem, czasem mówił: „Ty, jak ci tam, wynoś się, żebym nie musiał na ciebie patrzeć!".
     Najczęściej przesiadywałem u Benki. Jego tatuś ciągle z nim rozmawiał i pomagał mu budować modele samolotów, i znaczył kreską na drzwiach kuchni wzrost Benki, żeby wiedzieć, ile on urósł, i w ogóle. Benka mógł się śmiać i gadać, ile tylko chciał, i rozrzucać ubranie. Jego tatuś i tak go lubił. I wszystkim chłopcom wolno było przychodzić do Benki i bawić się z nim. A do mnie nikt nie mógł przyjść, bo ciocia Edla mówiła, że tu żadnych harców smarkaczy nie będzie. Wuj Sixten był tego samego zdania. „Dość mamy jednego łobuza" — mówił.
     Czasem wieczorem, jak się już położyłem, pragnąłem, żeby tatuś Benki mógł być i moim tatusiem. Wtedy też zastanawiałem się, kto jest moim prawdziwym ojcem i dlaczego nie mogę mieszkać
u niego i u mojej prawdziwej mamy, zamiast w domu dziecka czy u ciotki Edli i wuja Sixtena. Ciotka Edla mi powiedziała, że mama umarła, kiedy ja się urodziłem, a kto był moim ojcem, tego nikt nie wie. „Ale można wymiarkować, co to był za łotr" - gadała. Nienawidziłem ciotki Edli za to, że tak się wyrażała o moim ojcu. Może to i prawda, że mama umarła, kiedy ja się urodziłem. Ale Wiedziałem, że mój ojciec wcale nie był łotrem. Czasem leżąc płakałem z tęsknoty za nim.
     Jedna tylko osoba była dla mnie bardzo miła — pani Lundin z owocarni. Czasem dawała mi coś dobrego.
     Teraz, po wszystkim, myślę nieraz, kim właściwie była pani Lundin. Bo to się u niej zaczęło pewnego dnia w październiku, w zeszłym roku.
     Tego dnia ciotka Edla parę razy mi powiedziała, że moje zjawienie się w ich domu było prawdziwym nieszczęściem. Wieczorem, tuż przed szóstą, kazała mi pobiec na Królewską do piekarni i kupić sucharków, które bardzo lubiła. Włożyłem moją czerwoną czapeczkę i pobiegłem.
     Kiedy mijałem owocarnię, pani Lundin stała w drzwiach. Wzięła mnie pod brodę i przyglądała mi się tak dziwnie i bardzo, bardzo długo. Potem spytała:
      - Chcesz jabłko?
      - Tak, dziękuję!
     Dała mi śliczne, czerwone jabłko, wyglądające na bardzo dobre, i powiedziała:
      - A wrzuciłbyś mi kartę do skrzynki?
      - Oczywiście, mogę wrzucić.
     Napisała na pocztówce kilka zdań i dała mi ją.
      - Żegnaj, Bo Wilhelmie Olssonie - powiedziała pani Lundin. — Żegnaj, bądź zdrów, Bo Wilhelmie Olssonie.
     Dziwnie to jakoś zabrzmiało. Nigdy mnie tak nie nazywała, tylko: Bosse.
     Pobiegłem do skrzynki pocztowej o kilka kamienic dalej. Właśnie miałem wsunąć kartę do skrzynki, gdy zobaczyłem, że coś na niej lśni i błyszczy jak ogień. Ta litery wypisane przez panią Lundin płonęły jak pismo ogniste. Nie mogłem się powstrzymać od przeczytania ich. Na karcie widniały te oto słowa:

„Do Króla Krainy Dalekiej
Ten, którego szukałeś tak długo, jest w drodze. Podąża poprzez dzień i noc, a w ręce trzyma znak:
szczerozłote jabłko".

     Nie zrozumiałem ani słowa, ale dziwny dreszcz przeniknął mnie całego. Pospiesznie wetknąłem kartę do skrzynki.
     Któż to jest ten, który podąża poprzez dzień i noc? I kto trzyma w ręce szczerozłote jabłko?
Zacząłem przyglądać się jabłku, które dostałem od pani Lundin. To jabłko było złote. Powiadam wam: było ze złota. To ja miałem w ręce szczerozłote jabłko.
     Płakać mi się chciało. Nie żebym się rozpłakał, ale prawie. Czułem się taki samotny. Poszedłem na skwerek Tegnera, usiadłem na ławce. Nikogo tam nie było. Wszyscy poszli do domu na obiad. W parku było mgliście i trochę padało. Ale we wszystkich damach naokoło świeciło się w oknach. Mogłem stąd dojrzeć, że u Benki też się świeci. Siedział sobie teraz w domu razem z mamą i z tatą i zajadał omlet z groszkiem. Wydało mi się, że wszędzie, gdzie się świeci, siedzą dzieci razem ze swymi rodzicami. Tylko ja byłem sam na dworze w ciemności.
     Sam, ze szczerozłotym jabłkiem, z którym nie wiedziałem, co mam robić.
     Ostrożnie położyłem je obok siebie na ławce i zacząłem się zastanawiać. W pobliżu stała latarnia i blask jej padał na mnie i na jabłka. Padał też na coś jeszcze; co leżało na ziemi. Była to zwyczajna butelka od piwa, oczywiście pusta. Ktoś wetknął w jej szyjkę drewienko. Pewnie któryś z tych malców, co zwykle bawili się na skwerku przed południem. Podniosłem butelkę i spojrzałem na etykietę. „Browary Sztokholmskie. Spółka Akcyjna. Gatunek II" - było na niej wypisane. I właśnie, gdy to czytałem, zobaczyłem, że w środku, w butelce, coś się rusza.
     Raz wypożyczyłem w bibliotece „Baśnie z tysiąca i jednej nocy". Tam przeczytałem o duchu zamkniętym w butelce. Ale to się działo w Arabii przed tysiącem lat i na pewno nie była to zwykła butelka po piwie. Chyba bardzo rzadko zdarzają się duchy w butelce pilznera z „Browarów Sztokholmskich". No, ale raz się jednak zdarzył. Bo to, co siedziało w butelce, to był duch, słowo daję. Ale najwyraźniej chciał wyjść. Pokazywał na drewniany kołek tkwiący w szyjce i spoglądał na mnie prosząco. Nie byłem przecież wcale przyzwyczajony do duchów właściwie bałem się wyjąć ten kołek. W końcu jednak wyjąłem, a duch wyskoczył z flaszki z ogromnym hukiem i zaczął rosnąć, robić się coraz większy, taki duży, że w końcu wyższy był niż wszystkie domy dookoła skwerku. Z duchami to tak jest, mogą się skurczyć i zrobić takie malutkie, że zmieszczą się w butelce, a za chwileczkę mogą tak urosnąć, że są większe niż dom.
     Trudno uwierzyć, jak się przestraszyłem. Trząsłem się cały. A duch do mnie mówił. Jego głos to był dopiero huk; ciotka Edla i wuj Sixten powinni by to usłyszeć, pomyślałem sobie, oni, co zawsze uważają, że ja za głośno mówię. 
(str. 3 - 8)

Ilustracje:

W książce znajduje się dwanaście czarno-białych ilustracji Marii Orłowskiej-Gabryś. Oto dwie z nich:




A. Lindgren Mio, mój Mio tł. Maria Olszańska Nasza Księgarnia, Warszawa, 1973

Ekranizacja: "Mio mój Mio" z 1987 r.

Słowa kluczowe: opis, charakterystyka, recenzja, streszczenie