Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Proza dla dorosłych‎ > ‎

John Maxwell Coetzee "Chłopięce lata" 1997

opublikowane: 19 mar 2013, 13:28 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 20 mar 2013, 17:54 ]
okładka książki Chłopięce lata J. M. Coetzeego

     "Chłopięce lata" to pierwsza z cyklu autobiograficznych książek południowoafrykańskiego pisarza Johna Maxwella Coetzeego. Jej oryginalny angielski tytuł można przetłumaczyć jako "Chłopięctwo - sceny z prowincjonalnego życia". Zgodnie z nim "Chłopięce lata" nie mają żadnej wewnętrznej dominanty, składają się raczej z luźno powiązanych fragmentów i swobodnego strumienia wspomnień. Zawartość książki dobrze oddaje jej polska okładka - celowo postarzona, szaro-bura, jakby zniszczona upływem czasu. Zawarte w niej wspomnienia są trochę niedzisiejsze - utkwione w innej kulturze i minionych czasach.
     John Maxwell Coetzee jest pisarzem osobnym, ciężkim w lekturze. W swoim introwertycznym i intelektualnym stylu opisuje on swoje doświadczenia jako młodego chłopca - dorastanie w rodzinie w której ojciec zrzucił trud wychowywania dzieci na barki dalece oryginalnej matki. Opisuje swoje dzieciństwo wśród nieprzyjemnej post-kolonialnej atmosfery apartheidu. Robi to w sposób beznamiętny i chłodny, używając narracji trzecioosobowej. Rzadko wspomina o młodszym bracie, czy w ogóle o innych - w pełni koncentruje się na sobie, własnych odczuciach, myślach i przeżyciach wewnętrznych. Lektura z jednej strony trudna, a z drugiej fascynująca.

wiek bohaterów: John - nieokreślony

wybrany fragment:

     Chłopiec jeszcze nie bardzo rozumie, jakie miejsce zajmuje w jego życiu Agnes. Miał siedem lat, kiedy pierwszy raz ją zobaczył. Zaproszeni do Skipperskloof, przyjechali późnym popołudniem po długiej podróży koleją. Po niebie mknęły chmury, słońce nie grzało. W jego chłodnym zimowym blasku rozpościerał się veld, ciemnoniebieski z czerwonawym odcieniem, bez śladu zieleni. Nawet dom mieszkalny - surowy biały prostokąt pod stromym dachem z blachy cynkowej - sprawiał niegościnne wrażenie. Było zupełnie inaczej niż w Voelfontein, chłopiec wcale nie chciał tam zostać.
     Przydzielono mu do towarzystwa Agnes, o kilka miesięcy starszą od niego. Zabrała go na przechadzkę po veldzie. Szła boso, nie miała nawet własnych butów Niebawem dom zniknął im z oczu i znaleźli się na zupełnym pustkowiu. Zaczęli rozmawiać. Agnes miała włosy zaplecione w mysie ogonki i sepleniła; jedno i drugie mu się podobało. Wyzbył się swojej zwykłej rezerwy. Przestał nawet zwracać uwagę na to, w jakim mówi języku: myśli same przybierały w jego wnętrzu formę słów, całkiem przejrzystych.
     Już nie pamięta, co wtedy mówił Agnes. Ale zwierzył jej się ze wszystkiego, co robił i wiedział, ze wszystkich swoich nadziei. W milczeniu chłonęła jego słowa. A on mówił, nieustannie świadom, że ten dzień jest dzięki niej zupełnie wyjątkowy.
     Słońce zaczęło się zniżać, ogniście karmazynowe, a mimo to lodowate. Chmury pociemniały, wiatr nabrał ostrości i ciął przez ubranie. Agnes miała na sobie tylko cienką bawełnianą sukienkę; stopy zsiniały jej z zimna.
      - Gdzieście się podziewali? Coście robili? - spytali dorośli, kiedy dzieci wróciły do domu.
      - Niks nie - odparła Agnes. - Nic.
     W Voelfontein nie wolno jej chodzić na polowanie, ale mogą swobodnie włóczyć się we dwoje po veldzie albo łapać żaby w wielkim zbiorniku na wodę, tym nieobmurowanym. Chłopiec czuje się z nią inaczej niż z kolegami ze szkoły. Odgrywa tu pewną rolę jej delikatność, gotowość słuchania, lecz także smukłe, opalone nogi, bose stopy, taneczny krok, jakim przeskakuje z kamienia na kamień. On sam jest bystry, przoduje w swojej klasie; ona podobno także jest bystra; łazęgują, rozmawiając o sprawach, nad którymi dorośli tylko kręciliby głowami: czy wszechświat miał jakiś początek; co leży za Plutonem, tą mroczną planetą; gdzie jest Bóg, jeśli istnieje.
     Czemu tak łatwo mu się z nią rozmawia? Dlatego że to dziewczynka? Na każde zdanie, jakie mu się nasuwa, Agnes odpowiada bez zahamowań, łagodnie, bez wahania. Są ciotecznym rodzeństwem, więc nie mogą się w sobie zakochać i pobrać. Chłopiec przyjmuje to z czymś w rodzaju ulgi: może się z nią swobodnie przyjaźnić, otworzyć przed nią serce. Czy aby jednak w niej się nie kocha? Czy to właśnie jest miłością: ta łatwa wielkoduszność, to wrażenie, że nareszcie zostało się zrozumianym i nie trzeba udawać?

(str. 107 - 108, pisownia oryginalna)

J. M. Coetzee Chłopięce lata tł. Michał Kłobukowski, Znak, Kraków, 2007

oryginalny tytuł:

Boyhood: Scenes  from Provincial Life

angielska okładka książki Chłopięce lata