Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Proza dla dorosłych‎ > ‎

Friedebert Tuglas "Mały Illimar" 1936 - 1939

opublikowane: 8 lut 2013, 05:19 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 14 mar 2013, 18:59 ]
Okładka książki Mały Illimar

     Monumentalne dzieło (niemal 400 stron objętości) Friedeberta Tuglasa jeszcze za życia autora zapewniło mu miejsce w poczcie najlepszych pisarzy estońskich. Napisane pięknym poetyckim językiem, ciekawie oddające punkt widzenia dziecka i bogate w niespodziewane wydarzenia. 
     Jest to kronika jednego roku z najwcześniejszego dzieciństwa autora. Rozpoczyna się, gdy chłopczyk z ledwością ubiera się samodzielnie i je z tej samej miski co matka. Jego ojciec jest zarządcą w pańskim gospodarstwie. Podstawowym zajęciem malca jest obserwowanie dorosłych i zabawa na wolnym powietrzu. Życie w majątku jest szorstkie i wypełnione pracą, choć niczego nie brakuje - jest masarnia, browar, różne warsztaty. Wszystkie zajęcia ludzi podporządkowane są rytmowi pór roku i następującym cyklicznie świętom. Chłopiec nadspodziewanie dużo rozumie, a jeszcze więcej pamięta. W jego oczach zostaje jakby wskrzeszona przeszłość - pańszczyźniane stosunki społeczne, sylwetki i dramaty gospodarzy wiejskich, Żydzi i ruchy mesjanistyczne rozwijające się pod koniec XIX wieku. Autorowi udało się w uroczy sposób sportretować własne dzieciństwo, ale też nie ominął on tematów trudnych i brutalnych, o ile tylko było je w stanie dostrzec i zrozumieć małe dziecko.
     Książka nie była tłumaczona z języka estońskiego, ale z rosyjskiego przekładu. Mimo to, jakimś cudem tłumaczka w pełni oddała poetyckie piękno, rytm i budowę zdań oryginału.

wiek bohaterów: Illimar (synek Illi) - nieznany, ok. 4 - 6 lat

wybrany fragment:

Wprowadzenie

     Opisuję cię, mały Illimarze, takim, jakim znałem w przeszłości i jakim jesteś teraz. Wyrosłem razem z tobą i przeżyłem z tobą całe twoje życie, niemal jestem tobą i chyba powinienem cię znać. Teraz jednak, kiedy jestem starszy, wszystko widzę i rozumiem zupełnie inaczej. Wiele z tego, co było w tobie, we mnie zanikło; zjawiło się natomiast coś nowego. Co jest bliższe prawdy, co jest lepsze - przeszłość czy teraźniejszość? Doprawdy nie wiem. Ale obaj nie mieliśmy wyboru, chcąc nie chcąc musieliśmy się starzeć. O wszystko zatroszczył się czas i jego to wina, że zapragnąłem znowu spotkać się z tobą. Jestem już w tym wieku, kiedy z rozrzewnieniem zaczyna się wspominać przeszłość.
     Pamiętasz, jak często gniewały cię pytania znajomych, przychodzących w odwiedziny: "Kim chcesz zostać, jak dorośniesz, mały Illimarze?" Ty sam dobrze jeszcze nie wiedziałeś; a jeżeli nawet wiedziałeś, to i tak trudno ci było odpowiedzieć. Przestępowałeś z nogi na nogę i odwracałeś się zakłopotany. Bo jakże tu wyznać, że chcesz zostać kominiarzem? Goście próbowali odgadnąć: „Może będziesz", tym czy owym albo jeszcze kimś innym?" - Były to wszystkim znane zawody, ale tak kuszące, jak zawód kominiarza, chociaż w przekonaniu pytających bardzo zaszczytne. Nikt jednak nie odgadł, kim naprawdę zostaniesz, gdyż w tym środowisku tego zawodu nie znano.
     Ale już wtedy miałeś w sobie coś z tego przyszłego zawodu: lubiłeś przyglądać się rzeczom, ludziom i w wyobraźni, snuć nitkę wydarzeń, które w życiu urywały się niezakończone. Podpatrywałeś, jak trzyma się w siodle jeździec na gościńcu, jak lecą ptaki po jesiennym niebie albo jak mróz maluje w desenie szyby okienne. I cały pogrążałeś się w kontemplacji, odczuwałeś zapierające oddech zaciekawienie. „Nad wiek poważny - mówiono o tobie. - Kto wie, co też z niego wyrośnie!"
     No i nie wyrósł nikt szczególnie wybitny, nawet nie kominiarz. Wyrósł natomiast człowiek, który obserwuje otaczający świat, próbując w wyobraźni doprowadzać do końca wydarzenia niezakończone w życiu.
     Na długo rozstałem się z tobą, mały Illimarze, i niemal a tobie zapomniałem. Ale teraz jestem znowu tam, gdzie ty kiedyś mieszkałeś. Zapragnąłem ujrzeć trzy jeziora - zastałem tylko jedno, a i to wydało mi się takie wąskie Dwa zupełnie wyschły i ludzie nawet o nich zapomnieli. Drzewa nad jeziorem jak gdyby zmalały, przerzedziły się lasy na horyzohcie. Z domu, w którym kiedyś mieszkałeś, pozóstały, ruiny i wiatr tam hula od okna do okna: Wkrótce nawet z tych ruin nie będzie już śladu i dlatego zapragnąłem jeszcze raz zobaczyć tu ciebie i twoje życie w tym domu.
     Życie twoje, mały Illimarze, było właściwie szczęśliwsze, niż na to zasłużyłeś. Nie, nie zaprzeczaj - nawet mimo całej doznanej goryczy. Ludzie byli na ogół dobrzy dla ciebie i życie układało ci się nadspodziewanie pomyślnie. Czułeś to w głębi duszy i zdawałeś sobie z tego sprawę. Szczęśiiwy byłeś i tutaj, w tym dziś już nie istniejącym domu, na brzegu nie istniejącego jeziora. Zasłoń oczy dłonią i przypomnij sobie! Zatkaj uszy i słuchaj! Jakby złota rzeka płynęła gdzieś w oddali...
     Chcę opowiedzieć o tym wszystkim. A jeżeli niezupełnie mi się to uda, to tylko dlatego, że nie mogę zobaczyć cię dokładnie takim, jakim byłeś wtedy. Bo choć stałem się chyba mądrzejszy, coś ze mnie zginęło bezpowrotnie. Zaledwie mogę sobie jeszcze przypomnieć, jaki, był świat oglądany spośród wysokiej trawy, nad którą ledwo wystawała twoja głowa. Nie pamiętam już dobrze zapachu tataraku i głosu przepiórki: Za to lepiej władam teraz słowami i potrafiłbym już odpowiedzieć na pytania, kim chciałbym zostać.Gdyby teraz ktoś zapytał mnie o to, odpowiedziałbym, że chcę być małym Illimarem.

Samodzielne ubieranie się

     Rozglądając się dokoła i rozmyślając o tym wszystkim Illimar nagle zdał sobie sprawę z panującej w domu ciszy. Z daleka, z gościńca dobiegł turkot wozu, potem gdzieś zapiał kogut i zaszczekał pies, ale w samym domu wciąż było cicho. Nawet stary zegar, zdawało się, zatrzymał swój powolny chód. Żaden dźwięk nie dobiegał. ani z pierwszego pokoju, ani z sieni, ani z ulicy. Im bardziej chłopiec się wsłuchiwał, tym cisza zdawała się pełniejsza, aż wreszcie zaczęło mu dzwonić w uszach.
      - Mamo! - zawołał. - Ma-mo-oo!
     Nikt mu nie odpowiedział. Widocznie wszyscy wyszli z domu. Chłopiec nagle poczuł głód i jednocześnie zachciało mu się czegoś, co nie cierpiało zwłoki. Jak tu sobie poradzić? Zawsze rano pomagała mu matka, jeżeli była w pobliżu - pomagała mu jeśli nie bezpośrednio, to przynajmniej słowem. A teraz sobie poszła; zapomniała o nim!
     Illimarowi zbierało się na płacz. Jest przecież małym, zupełnie maleńkim chłopcem. Wykrzywił buzię i już zachlipał. Ale czy to warto? Wiedział, że takie kaprysy nie mają sensu, jeżeli nikt ich nie widzi. Nie pozostało więc nic innego, jak spróbować się ubrać bez niczyjej pomocy. Dobrze przynajmniej, że dokoła jest tak jasno. Inaczej nie potrafiłby pokonać lęku przed samotnością.
     Odrzucił cienką pasiastą kołderkę i zlazł z łóżka. Stał teraz na podłodze mały krępy chłopaczek z potarganą ciemną czupryną, w koszulinie do kolan i z brudnymi nogami. Wprawdzie wyprawiano go wieczorem do jeziora, żeby je sobie umył, ale potem starsi o tym zapomnieli i jakoś to uszło - wlazł do łóżka z brudnymi nogami.
     Teraz między dwiema szafami Illimar zobaczył pełne światła okno, za nim drogę, a za drogą - bielarnię, gdzie właśnie ktoś rozwieszał bieliznę na sznurach. Chłopiec widział, jak wielkie białe prześcieradło wzdęło się w powietrzu i przerzuciło na drugą stronę sznura. Na chwilę ukazały się też dwie czerwone ręce, przytrzymujące brzegi prześcieradła. Za prześcieradłem stał więc człowiek: Wobec tego Illimar nie jest sam jeden na świecie - ta świadomość uspokoiła go od razu.
     W nogach łóżka znalazł majteczki i zaczął je wciągać sapiąc i trzymając się jedną ręką poręczy. Majteczki były ciemne, granatowe, mocno wytarte na kolanach i siedzeniu. Trzymały się na szerokich, przerzuconych przez ramiona szelkach, a z tyłu zapinały się na guziki. Illimar szczęśliwie wsunął nogi w nogawki i przerzucił szelki przez ramiona, ale z guzikami nie mógł sobie poradzić. Uznał, że to nieważne. Wyszedł więc z sypialni w opadających z tyłu majteczkach i z wystającym ogonkiem koszuli.
     Nie miał już czasu rozglądać się po obu pokojach, zauważył tylko, że nie ma w nich nikogo. Jaskrawe światło słońca odbijało się od ścian, od kapy na ciocinym łóżku i od statków stojących na płycie kuchennej. Tutaj mimo ciszy i samotności nie było powodu do lęku. Dopiero przy wyjściu przystanął, uchylił trochę drzwi i wyjrzał. Ale w dużej sieni też było pusto i cicho: Wprawdzie pod wiązaniami dachu i w dalszych kątach czaił się mrok, ale oba skrzydła drzwi wejściowych były na oścież rozwarte i stamtąd aż do progu biegła szeroka ścieżka światła. Illimar bez szczególnych trudności przebrnął to nieco straszne miejsce. Bose nogi zdążyły jednak wyczuć chłód kamiennej podłogi.
     Zaledwie wysunął głowę za drzwi, zobaczył matkę. Siedziała na ławeczce pod drzwiami i obierała ziemniaki. Z jednej strony miała koszyk z nieobranymi, z drugiej - garnek z obranymi ziemniakami, a przed sobą niską skrzynkę na obierki. W chwili kiedy Illimar ukazał się, matka właśnie wyprostowała zdrętwiały przy pracy kark i zobaczyła syna.
      - Już wstałeś? - zdziwiła się i uśmiechnęła na widok nie zapiętych z tyłu majteczek. - Jak sobie poradziłeś?
Illimar nic nie odpowiedział. Ucieszył się wprawdzie, że matka jest blisko, ale był jednak nadal trochę nadęty - zostawiono go przecież samego.

(str. 5-6 i 12-13, pisownia oryginalna, śródtytuły pochodzą ode mnie)

F. Tuglas mały illimar tł. Maria Kowalewska, Czytelnik, Warszawa, 1962

oryginalny tytuł:

Väike Illimar

Podobne:
książka Franka McCourta "Popiół i żar" (obszerna autobiograficzna opowieść stanowiąca pogodne choć nieco melancholijne podsumowanie całego dzieciństwa)