Książki‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Dla dorosłych‎ > ‎Proza dla dorosłych‎ > ‎

Brady Udall "Cudowne życie Edgara Minta" (2001)

opublikowane: 6 sie 2012, 08:07 przez c.gontkiewicz@gmail.com

     Debiutancka powieść Brady'ego Udalla porównywana jest do niektórych powieści Irvinga oraz "Lotu nad kukółczym gniazdem" Kena Keseya. Duszna i intensywna autobiograficzna narracja miesza się w niej z momentami groteskowo śmiesznymi i szczerze poruszającymi. Bohaterem jest pół-Apacz Edgar mieszkający wraz z matką i babką w rezerwacie. Po tym, jak pewien listonosz przejechał mu po głowie, zaczyna się jego pełna nieszczęść, dziwnych osobistości i ekscytujących przygód wędrówka po szpitalach, przytułkach i rodzinach zastępczych. Mimo, że Edgar jest wcielonym cudem i dzieckiem szczęścia, wciąż napotyka się na różnych typków, którzy potrafią mu uprzykrzyć życie do granic możliwości.
     Powieść o Edgarze Mincie czyta się jednym tchem dzięki pełnym doznań (przede wszystkim węchowych) opisom, zaskakująco trafnym charakterystykom innych w oczach dziecka i ujmującej sylwetce młodego niewinnego chłopca, który bez swojej wiedzy i zgody wpada w bagno społecznych wyrzutków, kanalii i wszelkich innych typów spod ciemnej gwiazdy, a jednocześnie jakby na przekór przeciwnościom zachowuje siłę i pogodę ducha (a przede wszystkim dobre zdrowie!). Jednym z ciekawszych wątków powieści jest przyjaźń Edgara z nieco młodszym Cecilem - również Indianinem - który staje się jego pokrewną duszą i jedynym przyjacielem w najtrudniejszym chyba okresie jego życia w sierocińcu.

wiek bohaterów: Edgar - od wypadku w wieku 7 lat, poprzez okres dojrzewania, aż do pełnoletności
                                   Cecil - 10 lat (Edgar w tym czasie w wieku 11 lat)

wybrany fragment:

     Gdybym musiał powiedzieć o swoim życiu tylko jedno, powiedziałbym to: kiedy miałem siedem lat, listonosz najechał mi na głowę. W hierarchii wydarzeń kształtujących osobowość nic nie może się z tym równać; moja pokręcona, biegnąca zygzakami egzystencja, mój uszkodzony mózg i wiara w Boga, konfrontacja z radością i nieszczęściem, wszystko, w taki czy inny sposób, wyniknęło z tamtej chwili, kiedy w letni poranek tylna lewa opona furgonetki Poczty Stanów Zjednoczonych wgniotła moją drobną głowę w rozgrzany żwir Rezerwatu Apaczów w San Carlos.
     Był typowy lipcowy dzień, dziesiąta rano, prawie czterdzieści stopni, cały świat zalewało bolesne białe światło. Nasz dom był szczególnie narażony na upał, gdyż, w przeciwieństwie do innych domów komunalnych przy tej samej drodze, pokrywała go czarna papa - nigdy też nie otrzymał nowej elewacji - i żadne drzewa ani żadne krzaki nie osłaniały go przed słońcem. Na podwórzu znajdowała się trafiona piorunem topola, zwęglony szkielet, który nie rzucał cienia, dopóki moja matka nie zaczęła przywiązywać  do jego martwych gałęzi puszek po piwie. Puszki - były ich setki, każdego dnia dochodził przynajmniej tuzin - delikatnie brzęczały na łagodnym wietrze, ale niespecjalnie chłodziły.
     Kiedy listonosz zatrzymał się tego dnia przed naszym domem, matka siedziała w ciemnej niczym pieczara kuchni i kończyła śniadanie (cztery puszki piwa Pabst Blue Ribbon i pół tacki lodu), a babcia Paul, w indiańskiej spódnicy i bluzie z Myszką Miki, mełła żołędzie pod daszkiem z długich wiechci trawy i wcale się nie pociła. Ja myszkowałem w chwastach na poboczu, a może siałem spustoszenie w kopcu mrówek: to, gdzie byłem ani co robiłem, tak naprawdę wcale się nie liczy.
     Liczy się to, że listonosz, nieduży, drobnokościsty mężczyzna o wilgotnych od potu rudych włosach, które wyglądały jak wnętrze dyni, zostawił jeepa na parkingu i poszedł rozmówić się z moją matką. Liczy się to, że podczas jego nieobecności, coś - Bóg wie co - skłoniło mnie do wczołgania się pod auto. Może ujrzałem tam coś intrygującego - stronę z katalogu albo zabłąkany kołpak - a może fioletowy prostokąt cienia pod jeepem wydał mi się odpowiednim miejscem do ochłody. Nie mogę się nie zastanawiać: czy to możliwe, że siedmioletni Edgar, z wiecznie pijaną i przygnębioną matką i nieobecnym ojcem - nie wspominając o stukniętej, wiedźmowatej babce - zastanawiał się nad samobójstwem? Czy to możliwe, że Edgar, siedmioletni i zmęczony życiem, po prostu podłożył głowę pod koła tego jeepa i czekał?
     Fragmenty, które pamiętam ze swojego życia do tamtej chwili, nie pozwalają mi tego stanowczo wykluczyć. Mimo niezupełnie idealnego dzieciństwa nie mogę nie odczuwać smutku, że prawie całkowicie utraciłem tego chłopca: w najlepszym wypadku moja pamięć o nim jest dziurawa, niepełna. Większości ludzi to zapewne nie przeszkadza - kto w ogóle pamięta jak to jest mieć siedem lat? - ale mnie, człowieka ogarniętego obsesją na punkcie pamięci, faktów, historii na najmniejszą skalę, obsesją na punkcie nie tylko dlaczego, ale zwykłych kto, co i gdzie, drażni ten brak, niczym dziura po wybitym zębie. Wiem więcej o nieznajomych niż o siedmioletnim Edgarze; nigdy się nie dowiem, jaką reklamę najbardziej lubił ani gdzie chował wszystkie zbierane przez siebie bezwartościowe drobiazgi, ani czego się najbardziej bał, kiedy w środku nocy musiał wychodzić do sracza. Nigdy się nie dowiem, po co wczołgał się pod tego jeepa.
     Wiem jednak, co się stało, kiedy drobny listonosz usiadł za kierownicą auta, zwolnił ręczny hamulec i wcisnął pedał gazu. Kiedy poczuł, że furgonetka napotkała opór - może pomyślał, że to wybój albo kamień na drodze - dodał gazu. Tył samochodu ostro się podniósł, opadł, silnik zgasł. Listonosz wysiadł, żeby sprawdzić, co się dzieje, i kiedy ujrzał pod zderzakiem moje drobne ciało i twarz wgniecioną w żwir, krew między czarnymi kamykami, jakby wydobywającą się głęboko spod ziemi, wrzasnął tak głośno, że psy w sąsiedztwie, przeważnie wyliniałe zabijaki nawykłe do najgorszych i najgłośniejszych wrzasków i pijackich kłótni, zawyły w przerażeniu.
     Na ulicy pojawiło się tylko kilku gapiów, osłaniając oczy przed słońcem. babcia Paul pospiesznie ominęła stertę na opał i wyszła na drogę: wiedziała, że ktoś umarł albo umierał, pozostawała tylko kwestia tego, kto. Ujrzała pięć czy sześć osób, i jeszcze kilka wybiegających z domów, i uznała, że chodzi o porządną katastrofę, skoro ludziom chciało się wyjść w taki dzień. Nawet dwie olbrzymie, żerujące na trupach zwierząt wrony wylądowały na piwnym drzewie, żeby zobaczyć, co się święci.
      - Cholerny pocztowiec przejechał czyjegoś dzieciaka - powiedział w przestrzeń wielki Emerson Tuskogie, sącząc przez słomkę resztkę coli. Emerson Tuskogie słynął w rezerwacie z tego, że o wszystko obwiniał rząd.
     Kiedy babcia Paul dotarła na miejsce, już dziesięć czy dwanaście osób wpatrywało się w szlochającego listonosza, który przewrócił mnie na plecy, ściągnął z grzbietu koszulę, a następnie obwinął nią moją głowę, żeby krew przestała mi tryskać uszami.
     Kiedy zorientował się, że cienka rządowa koszula nie zatamuje krwawienia, zdjął spodnie - co było niemalże niewykonalne, gdyż strasznie drżały mu ręce - i przycisnął je do mojej głowy, jakby to mogło zatrzymać w niej krew. Wszyscy wpatrywali się w jego ogniste włosy i skórę koloru majonezu, która zdawała się jarzyć, świecić własnym światłem.
      - Karetka? - zawołał, wodząc w koło dzikim spojrzeniem.
     Choć stara Oonie Neal już posłała wnuka po plemienną policję, nikt nie odezwał się ani słowem.
     Listonosz przyłożył ucho do mojej piersi, nic nie usłyszał, a następnie spojrzał mi w oczy, których białka zrobiły się demonicznie czerwone od popękanych pod wpływem ciśnienia naczyń krwionośnych. Popatrzył na słońce, jakby tam mógł znaleźć jakąś odpowiedź, ale najwyraźniej jeszcze bardziej go zdezorientowało. W końcu, wciąż podtrzymując moją owiniętą ubraniami głowę, przycisnął usta do moich warg i zaczął wtłaczać we mnie powietrze, chociaż nic nie szwankowało w moich płucach ani w układzie krążenia: to z głową był problem.
      - Przyjedzie karetka - powiedział ktoś, ale listonosz nadal z zapałem dmuchał. Krew zebrała mi się w gardle, przez co trudno było wtłoczyć we mnie powietrze.
     Emerson Tuskogie grzecznie postukał niemal gołego pocztowca w ramię.
      - Dzieciak nie żyje - oświadczył.
     Wszyscy zgodzili się w Emersonem, nawet babcia Paul; jeśli się najedzie dziecku na głowę pocztową furgonetką, to nie ma co liczyć na dobrodziejstwa sztucznego oddychania.
     Wrony spoglądały w dół i chyba coś tam poszeptywały między sobą, słońce przypiekało, a biedny listonosz tylko klęczał na żwirze, w lichym cieniu piwnego drzewa, na wpół nagi i drżący, z zasmarkaną twarzą zalaną łzami, ustami pobrudzonymi moją krwią, owijał mi głowę ubraniem i czekał, aż przyjedzie karetka i mnie zabierze.

(początek książki, śródtytuł "Listonosz" w rozdziale "Saint Divine's", strony 11 - 15, pisownia oryginalna)

B. Udall Cudowne życie Edgara Minta tł. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Znak, Kraków, 2004

oryginalny tytuł:

The Miracle Life of Edgar Mint


tagi: recenzja, opis, charakterystyka, streszczenie
Comments