Książki‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Opowiadania‎ > ‎Opowiadanie‎ > ‎

William Faulkner "Dwaj żołnierze" 1942

opublikowane: 26 lip 2012, 11:06 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 10 wrz 2012, 11:23 ]
Akcja opowiadania "Dwaj żołnierze" ma miejsce na południu Stanów Zjednoczonych, około roku 1942, kiedy Amerykanie po ataku na Pearl Harbor zintensyfikowali działania w Wojnie o Pacyfik. Bohaterami są niespełna dziewięcioletni chłopiec i jego starszy brat Pete, który decyduje się zaciągnąć do wojska, żeby pomóc krajowi. Kiedy Pete wyjeżdża do punktu poboru w Memphis, mały rusza za nim...

DWAJ ŻOŁNIERZE

     Ja i Pete chodziliśmy do starego pana Killegrewa słuchać radia. Zawsze po kolacji, jak się zrobiło ciemno, chodziliśmy pod jego dom i stawaliśmy pod oknem, i wszystko świetnie słyszeliśmy, bo żona starego pana Killegrewa była głucha, więc on nastawiał radio, jak tylko można najgłośniej, i myśmy za oknem słyszeli wszystko tak samo wyraźnie jak żona starego pana Killegrewa, chociaż staliśmy na zewnątrz, a okno było zamknięte.
     Jednego wieczoru spytałem Pete'a:
      - Że co? Że Japończycy? Co to jest ta perłowa zatoka - Pearl Harbor? - Ale Pete kazał mi być cicho.
     Więc byłem cicho i zrobiło mi się trochę zimno, i słuchaliśmy tego gościa w w radio, tylko że nie rozumiałem nic z tego, co on mówił. Na końcu powiedział, że chwilowo już więcej nic nie powie, więc wróciliśmy do domu i Pete wytłumaczył mi, o co to chodzi. Mógł mi wytłumaczyć, bo miał już prawie dwadzieścia lat i w czerwcu skończył szkołę, i bardzo dużo wiedział. I że ci Japończycy rzucili bomby na Pearl Harbor, i że ten Pearl Harbor jest za wodą.
      - Za wodą? - spytałem. - Za tym państwowym rezerwuarem przy Oxford?
      - Nie - odpowiedział Pete. - Za dużą wodą. Za Pacyfikiem.
     Wróciliśmy do domu. Mama i tato już spali, więc ja i Pete położyliśmy się też spać, ale ja dalej nie mogłem zrozumieć, gdzie jest ten Pearl Harbor, i Pete jeszcze raz mi wytłumaczył, że na Pacyfiku.
      - Coś ty taki głupi? - spytał. - Niedługo skończysz dziewięć lat, od września chodzisz do szkoły i nic cię nie nauczyli?
      - Jeszcze nie doszliśmy do tego Pacyfiku - powiedziałem.
     Myśmy wtedy siali wykę, która powinna być posiana do piętnastego listopada, ale od kiedyśmy znali tatę, zawsze się ze wszystkim spóźniał. Wieczorem trzeba też było naznosić drzewa do pieca i potem chodziliśmy do starego pana Killegrewa pod okno, i staliśmy pod oknem, chociaż robiło się zimno, i słuchaliśmy tego radia. Jak skończyliśmy słuchać, wracaliśmy do domu i kładliśmy się spać, i Pete mi tłumaczył wszystko, cośmy przedtem usłyszeli. To znaczy, nie wszystko mi tłumaczył, ale tylko troszkę i więcej nie chciał, zupełnie jakby mu było nieprzyjemnie o tym mówić, i kazał mi się zamknąć, bo chce spać, ale tak naprawdę to nigdy wcale nie chciał spać.
     Leżał tylko, mniej się ruszał, niż gdyby naprawdę spał, i coś takiego strasznego od niego szło, zupełnie jakby był na mnie okropnie zły, choć ja wiedziałem że nawet o mnie nie myśli, albo jakby się czymś bardzo martwił, tylko że Pete zupełnie nie miał czym się martwić. Nigdy nie był spóźniony jak tato, ani nawet na chwilę nie był. Kiedy Pete skończył szkołę, tato dał mu te dziesięć akrów; i ja, i Pete coś kombinowaliśmy, że tata był cholernie zadowolony, że się pozbył chociaż dziesięciu akrów i ma mniej kłopotu. Pete te dziesięć akrów całe obsiał wyką i już miał spokój na zimę, więc się chyba nie mógł martwić, ale tak się zachowywał, jakby mógł. I ciągle chodziliśmy wieczorami pod okno domu starego pana Killegrewa, i słuchaliśmy tego radia. A oni teraz byli na Filipinach, ale generał MacArthur ich trzymał. Potem wracaliśmy do domu i kładliśmy się spać, i Pete nic mi już nie tłumaczył, i w ogóle nic nie mówił. Leżał, jakby się czaił albo co, a jak go dotknąłem, to mięśnie miał takie twarde jak żelazo i pewno je takie miał, aż nie zasnąłem.
     Wreszcie jednego dnia - a to było pierwszy raz, że w ogóle nic do mnie nie mówił, tylko się rzucał, że za wolno rąbię gałęzie, które on obcina na podpałkę - powiedział:
      - Muszę iść.
      - Gdzie musisz iść? - spytałem.
      - Na wojnę - odparł Pete.
      - Nie skończymy rąbać drzewa?
      - Do diabła z drzewem.
      - No to chodźmy - zgodziłem się.
     Ale Pete nawet nie usłyszał, co powiedziałem. Położył się i leżał, i wszystkie mięśnie miał takie twarde jak żelazo.
      - Muszę iść - powiedział jeszcze raz. - Nie mogę pozwolić, żeby Japońce tak traktowały nasze Stany Zjednoczone.
      - Masz rację - zgodziłem się. - Rąbanie drzewa może poczekać. Musimy iść na wojnę.
     Tym razem mnie usłyszał. Leżał dalej i wcale się nie ruszał, ale leżał już jakoś inaczej.
      - Ty? - Zdziwił się. - Ty chcesz iść na wojnę?
      - Będziesz bił dużych, a ja będę bił mniejszych - wyjaśniłem.
     Wtedy Pete mi wytłumaczył, że nie mogę z nim iść. Z początku myślałem, że to tylko on nie chce, tak jak nie chciał, żebym za nim chodził, kiedy zalecał się do tej dziewczyny od Tullów, ale potem mi wytłumaczył, że wojsko mnie nie weźmie, bo jestem za mały, więc zrozumiałem, że mówi poważnie i że ja nigdzie nie pójdę. Jakoś nie wierzyłem do tej chwili, że on naprawdę wybierze się do tej wojny, ale w końcu uwierzyłem i już wiedziałem, że mi nie pozwoli iść razem ze sobą.
      - No, ale mógłbym ci rąbać drzewo i nosić wodę - zaproponowałem. - Przecież będziesz musiał mieć wodę i drzewo.
     Przynajmniej mnie teraz słuchał. Już nie był taki twardy jak żelazo.
     Obrócił się i położył mi rękę na piersi, bo teraz ja leżałem sztywno na plecach.
      - Nie, musisz tutaj zostać i pomagać tacie - powiedział.
      - Co mu pomagać? - spytałem. - Po co mu pomagać? Tato już się z niczym więcej nie może spóźnić, jakby nawet chciał. On sobie da świetnie radę z taką kusą farmą, kiedy my będziemy bić Japońców. Muszę z tobą iść. Jeśli ty musisz, to i ja też.
      - Nie pójdziesz - powiedział Pete. - I więcej o tym nie mów.
     Wiedziałem, że go nie przekonam, ale chciałem się jeszcze upewnić.
      - Więc nie mogę iść? - spytałem.
      - Nie - odpowiedział Pete. - Nie możesz iść. Po pierwsze, jesteś za mały, a po drugie...
      - Dobra, dobra - przerwałem. - Możesz się zamknąć i daj mi spać.
     I on się zamknął, i leżał cicho, i położył się z powrotem na plecach. Ja też leżałem, tak jakbym spał. Ale Pete naprawdę zasnął i ja już teraz wiedziałem, że przez cały czas się martwił. bo koniecznie chciał iść na tę wojnę i dlatego nie mógł spać, a teraz, jak już postanowił, że pójdzie, to się przestał martwić.
     Następnego dnia rano Pete powiedział o tym mamie i tacie. Mama zaraz zrobiła przedstawienie i zaczęła płakać.
      - O, nie! Ja nie chcę, żeby Pete szedł na wojnę. Sama bym wolała za niego iść, gdybym mogła. Ja nie chcę bronić kraju. Niech go sobie wszyscy Japończycy zabiorą i zeżrą, byle tylko zostawili w spokoju mój dom i moją rodzinę. Mój brat Marsh podczas ostatniej wojny tak samo musiał iść do wojska, jak jeszcze nie miał dziewiętnastu lat, i moja matka też wcale nie mogła zrozumieć dlaczego. Ale powiedziała Marshowi, że jak musi iść, to musi. Więc jak Pete musi iść, to niech idzie, ale ja zupełnie nie rozumiem po co.
     Ale tato popisał się na sto z kawałkiem. Co za facet!
      - Na wojnę? - spytał. - Ale po co ty masz iść na wojnę? Jeszcze ci daleko do poboru, a Japończycy nie wylądowali w Ameryce, prezydent siedzi przecież w stolicy, Waszyngtonie, i widzi, co się dzieje, i jak zobaczy, że się coś święci, to nas zawiadomi, a poza tym w tamtej wojnie, którą przed chwilą wspomniała twoja matka, ja już byłem w wojsku i wysłano mnie do Teksasu, gdzie siedziałem przez osiem miesięcy, aż się przestali bić. Uważam, że ten fakt łącznie z prawdziwą raną, jaką oberwał twój wuj Marsh na polu chwały, gdzie się naparzali we Francji, wystarczy za wkład mojej rodziny w obronę kraju. Co najmniej do mojej śmierci. Poza tym, kto mi pomoże na farmie, jak ty wyjedziesz? Wtedy z niczym nie zdążę na czas.
      - Od kiedy pamiętam, tato nigdy jeszcze nie zdążył z niczym na czas - odpowiedział Pete. - Zresztą to nieważne, idę na wojnę, bo muszę iść.
      - Jeśli Pete musi, to musi - wtrąciłem. - Te Japończyki...
      - Siedź cicho - powiedziała mama ciągle jeszcze płacząc. - Nikt do ciebie nie mówi. Przynieś mi lepiej trochę drzewa. Akurat dla ciebie zajęcie.
     Więc poszedłem i przyniosłem drzewa. Przez cały następny dzień też znosiliśmy drzewo, to znaczy ja znosiłem, Pete i tato, bo Pete powiedział, że trzeba zrobić duży zapas, bo tato jest zbyt leniwy, żeby to samemu zrobić, a mama cały czas szykowała Pete'a do drogi. Uprała i poreperowała mu ubranie i całe jedno pudełko do butów napchała jedzeniem. Jak tego wieczoru ja i Pete leżeliśmy na łóżku, to słyszeliśmy, że mama pakuje walizkę Pete'a i płacze. Tak zaczęła płakać, że aż Pete wstał w nocnej koszuli i poszedł do mamy, i mama przestała wtedy płakać, i słyszałem, jak rozmawiają, i wreszcie mama powiedziała:
      - Chcesz koniecznie iść, więc idź, ja też chcę żebyś poszedł, ale wcale nie rozumiem, dlaczego musisz iść, i nigdy nie zrozumiem, i nie spodziewaj się, żebym zrozumiała, dlaczego właśnie ty musisz iść.
     Potem Pete wrócił do łóżka i leżał na plecach taki twardy jak żelazo, i w końcu powiedział, chociaż nie do mnie, tylko tak do nikogo:
      - Muszę iść. Nic nie poradzę, muszę iść.
      - No więc musisz - zgodziłem się. - Te Japończyki!...
     Pete obrócił się nagle, właściwie to aż się rzucił, i spojrzał na mnie, chociaż było ciemno.
      - Przynajmniej ty jeden masz dobrze w głowie - odezwał się. - Bałem się, że z tobą będę miał więcej kłopotu niż z nimi wszystkimi razem.
      - Szkoda, że ja nie mogę iść i pomóc ci - powiedziałem - ale może ta wojna potrwa jeszcze parę lat dłużej i ja wtedy doskoczę, i któregoś dnia przyjadę do ciebie.
      - Mam nadzieję, że nie - odparł Pete. - Ludzie nie idą na wojnę dla zabawy. Dla zabawy nie zostawia się zapłakanej mamy.
      - Więc dlaczego idziesz na tę wojnę? - spytałem.
      - Muszę iść - powtórzył. - Muszę. Teraz śpij i o nic mnie już nie pytaj. Wstaję bardzo rano, żeby złapać pierwszy autobus.
      - Dobra - zgodziłem się. - Słyszałem, że Memphis to strasznie duże miasto. Skąd będziesz wiedział, gdzie jest to wojsko?
      - Spytam kogoś, to mi powie, gdzie przyjmują - wytłumaczył Pete. - Śpij już.
      - Tak spytasz: "Gdzie tu przyjmują do wojska?"
      - Właśnie tak - odpowiedział Pete i odwrócił się. - No już zamknij się i śpij.
     Więc poszliśmy spać. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie jeszcze przy lampie, bo autobus miał przejeżdżać o szóstej. Mama nie płakała, tylko była bardzo smutna i zajęta stawianiem na stół różnych rzeczy do jedzenia, a potem skończyła pakować walizkę Pete'a. Pete nie chciał brać żadnej walizki, ale mama powiedziała, że porządni ludzie nawet na wojnę nie jeżdżą bez zapasowej bielizny i czegoś na ząb, więc włożyła do walizki pudełko od butów pełne pieczonej kury i ciasta i na wierzch Biblię i akurat przyszedł czas, żeby iść na autobus. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że mama nie idzie z nami do przystanku. Przyniosła kurtkę i czapkę Pete'a i ciągle jeszcze nie płakała, tylko tak stała z rękami zarzuconymi na plecy Pete'a i nie chciała się ruszyć. Trzymała go mocno i wyglądała tak samo jakoś dziwnie, jak wtedy wyglądał Pete, kiedy się do mnie obrócił w nocy i powiedział, że ja jeden mam dobrze w głowie.
      - Niechby sobie wzięli i zżarli cały kraj, byle tylko moich zostawili w spokoju - powiedziała mama i potem jeszcze powiedziała: - I nie zapomnij nigdy, ktoś ty. Nie jesteś bogaty i nikt dalej niż zakręt przy skale, na której zabił się ten Francuz, o tobie nie słyszał. Ale twoja krew jest równie dobra jak każda inna i żebyś o tym nie zapomniał.
     Potem go pocałowała i wyszliśmy z domu, i tato niósł walizkę Pete'a, chociaż Pete wcale o to nie prosił i nawet nie chciał jej brać. Jeszcze nie zaczęło świtać, kiedy stanęliśmy na drodze koło skrzynki do listów. Chwileczkę czekaliśmy, a potem zobaczyłem reflektory autobusu, który jechał w naszym kierunku. Przyglądałem się temu autobusowi, aż podjechał bliżej i Pete podniósł rękę, i autobus stanął. Wtedy to już się zrobiło trochę jasno, właściwie robiło się przez cały czas, tylko ja nie zauważyłem, bo się przyglądałem reflektorom. Ja i Pete myśleliśmy przez cały czas, że tato znowu powie coś głupiego jak wtedy, kiedy mówił o wujku Marshu, który został ranny na tym polu chwały, albo że jego wyjazd do Teksasu w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku wystarczy, żeby ocalić Stany w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, ale nic takiego nie powiedział, tylko coś zupełnie innego.
      - Do widzenia synu - powiedział. - Zawsze pamiętaj o tym, co ci mama mówiła, i zawsze do niej pisz, jak będziesz miał czas.
     Potem potrząsnął ręką Pete'a i potem Pete spojrzał na mnie, popatrzył tak z minutę i położył mi rękę na głowie, i pokręcił tak mocno, że mi prawie odkręcił, i potem wskoczył do autobusu, a ten gość, co siedział za kierownicą, zamknął za nim drzwi, autobus zaczął głośniej mruczeć, aż ruszył z burczeniem i zgrzytaniem i coraz głośniej jęcząc. Jak już jechał zupełnie szybko, to zobaczyłem, że te dwa małe czerwone światełka z tyłu wcale nie robią się mniejsze, tylko tak razem biegną obok siebie, jakby się miały za chwilę spotkać i zrobić jednym światłem, ale się nie zrobiły, bo przedtem autobus zniknął i przyszła mi straszna ochota płakać, chociaż miałem prawie dziesięć lai, no i w ogóle.
     Ja i tato wróciliśmy sami do domu, potem przez cały dzień pracowaliśmy w tym lesie, skąd się brało drzewo na opał, więc nie miałem okazji o niczym pomyśleć. Dopiero jak już było dobrze po południu, wziąłem procę i chętnie bym wziął wszystkie ptasie jajka też. Miałem ich dużo, bo Pete zostawił mi całą swoją kolekcję. Pete zawsze lubił oglądać swoją kolekcję, tak samo jak ja swoją, chociaż on miał dwadzieścia lat, a ja dziewięć. Ale pudełko było za duże, żeby je daleko nieść i martwić się nim, więc tylko wziąłem jedno kukułcze jajo, bo było dużo warte, zawinąłem je dobrze, włożyłem do pudełka od zapałek i schowałem je razem z procą pod belkę w stodole. Potem zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Pomyślałem sobie, że jakbym musiał zostać w tym pokoju i w tym łóżku jeszcze jedną noc, to bym chyba nie wytrzymał. Potem usłyszałem chrapanie taty, ale nie słyszałem nic z łóżka mamy, więc nie wiem, czy spała, czy nie spała, ale chyba nie spała, wziąłem swoje buty i wyrzuciłem je na dwór, i wyszedłem przez okno, tak jak to robił Pete, kiedy miał siedemnaście lat, i tato uważał, że jest jeszcze za młody, żeby się włóczyć po nocy jak marcowy kot, i nie pozwalał mu wychodzić. Na dworze włożyłem buty, poszedłem do stodoły, zabrałem procę i jajko i wyszedłem na drogę.
     Nie było zimno, ale za to cholernie ciemno, droga ciągnęła się przede mną tak daleko, jak nie przymierzając człowiek, który klapnie jak długi. Żywego na niej ducha nie było i chwilowo wyglądało na to, że chyba słońce mnie dogoni, zanim dojdę te dwadzieścia cztery mile do Jefferson. Ale nie dogoniło. Dopiero coś niecoś świtało, kiedy wszedłem na wzgórze, do miasta. Pachniało wszędzie śniadaniem, które gotowano po domach, i żałowałem, że zapomniałem wziąć chociaż kawałka ciasta, ale już było za późno, żeby coś na to poradzić. Pete mi powiedział że Memphis jest jeszcze spory kawał za Jefferson, tylko skąd miałem wiedzieć, że aż osiemdziesiąt mil. Stanąłem więc na takim pustym placu i stałem, i robiło się coraz jaśniej i jaśniej, latarnie uliczne ciągle się jeszcze paliły, z rogu patrzył na mnie glina i do Memphis miałem jeszcze osiemdziesiąt mil, całą noc zajęło mi przejście tych głupich dwudziestu mil, wyglądało na to, że jeśli będę w tym tempie szedł do Memphis, to Pete wyjedzie do tego Pearl Harbor, zanim zdążę przyjść.
      - Skąd ty jesteś? - spytał glina.
     Więc mu powiedziałem:
      - Muszę iść do Memphis, tam jest mój brat.
      - Nie masz tu żadnej rodziny? - spytał glina. - Nikogo nie masz oprócz brata? Więc co tu robisz sam jeden, jeśli twój brat jest w Memphis?
     Więc znów mu powiedziałem:
      - Muszę iść do Memphis. Nie mam czasu, żeby tu stać i strzępić sobie język, i nie mam czasu, żeby iść piechotą. Dzisiaj muszę być w Memphis.
      - Chodź ze mną - powiedział glina.
     Poszliśmy kawałek razem. I tam dalej stał autobus taki sam jak ten, do którego wczoraj wsiadł Pete, tylko że nie paliły się na nim światła i w środku nikt nie siedział. Była to stacja autobusowa zupełnie jak kolejowa stacja i była tez kasa i za nią gość, co sprzedaje bilety, i glina powiedział do mnie:
      - Siadaj tu na ławce - więc ja usiadłem na ławce, a glina odezwał się do tego gościa w kasie: - Czy mogę zatelefonować? - i zaczął gadać coś do telefonu, i gadał tak z dobrą minutę, a potem odłożył słuchawkę i powiedział do tego gościa w kasie: - Przypilnuje go pan chwilkę, ja zaraz wrócę, niech tylko pani Habersham się wygrzebie. - I gdzieś polazł. Wstałem i podszedłem do kasy.
      - Chcę jechać do Memphis - powiedziałem.
      - Ano pewnie, pewnie - zgodził się ten gość. - Siadaj spokojnie i poczekaj. Pan Foote za chwilę wróci.
      - Ja nie znam żadnego pana Foote - powiedziałem. - Ja chcę jechać tym autobusem do Memphis.
      - A masz pieniądze? - spytał gość. - Bilet kosztuje siedemdziesiąt dwa centy.
     Wyjąłem moje pudełko od zapałek i odwinąłem kukułcze jajo.
      - Zamienię to na bilet do Memphis - powiedziałem.
      - Co to jest? - spytał gość.
      - Kukułcze jajo - wyjaśniłem. - Nie widział pan nigdy? Warte dolara. Ale ja je oddam za siedemdziesiąt dwa centy.
      - Nie - odpowiedział. - Faceci, do których należy ta linia, upierają się przy transakcjach gotówkowych. Gdybym zaczął wydawać bilety za ptasie jajka i żywiec, i inne podobne rzeczy, wyrzucili by mnie z pracy. Usiądź sobie na ławce, jak kazał pan Foote.
     Skoczyłem do drzwi, ale on skoczył jeszcze szybciej przez ladę kasy i zaczął pchać się z rękami, żeby mnie złapać. Wyciągnąłem z kieszeni scyzoryk i szybko go otworzyłem.
      - Jak mnie pan dotknie, to panu utnę rękę - powiedziałem.
     Próbowałem go wyminąć i polecieć do drzwi, ale on ruszał się szybciej niż jakikolwiek dorosły mężczyzna, jakiego znałem, prawie tak szybko jak Pete. Stanął plecami do drzwi, rozstawił nogi i nie miałem którędy zwiać.
      - Wracaj na ławkę i czekaj na pana Foote.
     Co miałem robić, wróciłem, bo ten gość stał ciągle w drzwiach. Siedziałem i czekałem. A potem jakby cała stacja zapełniła się nagle ludźmi, bo wrócił glina i przyszły jakieś dwie panie w paltach z futra i z twarzami już umalowanymi, chociaż dalej wyglądały, jakby wybrały się w strasznym pośpiechu i miały ochotę jeszcze coś niecoś pospać. Jedna była stara, a druga młoda i obie patrzyły na mnie.
      - On nie ma płaszcza - zauważyła ta stara. - Skąd się tu wziął, biedaczek?
      - A bo ja wiem - odpowiedział glina. - Nic nie gada oprócz tego, że jego brat jest w Memphis i że on musi  do niego jechać.
      - To prawda - odezwałem się. - Muszę dziś być w Memphis.
      - Oczywiście, że musisz - zgodziła się ta stara. - Ale czy jesteś pewien, że znajdziesz swojego brata w Memphis?
      - Mam tylko jednego brata - wyjaśniłem - i znam go całe życie, więc go poznam, jak go zobaczę, co za śmieszne pytanie!
     Stara przyglądała mi się uważnie.
      - Jakoś to nie wygląda, żeby stale mieszkał w Memphis.
      - I na pewno tam nie mieszka - zauważył glina. - Chociaż, co to można powiedzieć, wszędzie może mieszkać, tu albo i nie tu. W dzisiejszych czasach pęta to się chole... cholewki to on ma wiejskie. Tak, chłopaki i dziewczyny też, zanim się jeszcze cho... chodzić dobrze nauczą. Co my możemy wiedzieć, on równie dobrze mógł przyjechać z Missouri, jak i z Teksasu. Ale jest pewny, że jego brat znajduje się w Memphis. Ja tam uważam, że niech sobie jedzie i szuka swojego brata.
      - Racja - przytaknęła stara.
     A młoda usiadła koło mnie na ławce i otworzyła torebkę, i wyjęła takie pióro, co pisze stale, i jakies papiery.
      - Posłuchaj, kochany chłopczyku - odezwała się - postaramy się, żebyś mógł pojechać do brata, ale najpierw do akt musimy mieć opis sprawy. Chcemy wiedzieć, jak się nazywasz i jak na imię twojemu bratu, i gdzie się urodziłeś, i kiedy umarli twoi rodzice.
      - Mnie tam do akt opis sprawy niepotrzebny - odpowiedziałem. - Ja tylko chcę jechać do Memphis. Muszę tam być dzisiaj.
      - Widzą panie! - powiedział glina takim tonem, jakby się cieszył. - Nie mówiłem!
      - Pani i tak ma szczęście, pani Habersham - wtrącił się gość od tych biletów autobusowych - że nie ma spluwy, ale za to potrafi otworzyć ten swój majcher choler... to znaczy chciałem powiedzieć, bardzo sprawnie, jak dorosły.
     Ta stara tylko popatrzyła na mnie i wreszcie mówi:
      - Naprawdę nie wiem, co z nim zrobić.
      - A ja wiem - powiedział gość od biletów. - Zapłacę mu bilet z własnej kieszeni w ramach ochrony przedsiębiorstwa przed zamieszkami i rozlewem krwi. A kiedy pan Foote powtórzy to na radzie miejskiej, to na pewno nie tylko mi zwrócą pieniądze, ale jeszcze dadzą jaki medal za wysoce społeczny czyn. Co, panie Foote?
     Ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Stara ciągle na mnie patrzyła. Powiedziała jeszcze raz: "Nie wiem, co z nim zrobić", potem wyjęła z torebki dolara i dała to gościowi z autobusów.
      - Może chyba jechać na dziecinny bilet?
      - W tym przypadku mam wątpliwości, jaki zastosować przepis. Pewno mnie wyrzucą z pracy, jeśli go nie zamknę do klatki i nie przylepię kartki z napisem "gryzie". Ale zaryzykuję.
     I wtedy tamci sobie poszli. Wrócił tylko jeszcze glina i dał mi kanapkę z serem.
      - Jesteś pewien, że znajdziesz swojego brata? - spytał.
      - Niby dlaczego nie mam go znaleźć? - odparłem. - Jeśli ja nie zobaczę Pete'a pierwszy, to on mnie zobaczy. Też mnie przecież zna.
     Więc glina poszedł sobie na dobre, a ja zjadłem kanapkę. I potem przyszli różni ludzie kupować bilety, i na końcu ten gość, co je sprzedawał, powiedział, że czas wsiadać, więc wsiadłem tak jak wczoraj Pete i pojechaliśmy.
     Ile ja miast zobaczyłem, chyba wszystkie, jakie są! Kiedy autobus na dobre się rozpędził, cos tak trochę zachciało mi się spać, ale za oknami było tyle ciekawych rzeczy, których jeszcze nie widziałem, że nie spałem. Jak wyjechaliśmy z Jefferson, to jechaliśmy przez pola i przez lasy. Potem wjechaliśmy do następnego miasta i znowu z niego wyjechaliśmy, i znowu jechaliśmy przez pola i przez lasy, i znowu było następne miasto ze sklepami, olejarniami i zbiornikami wody. Długo jechaliśmy wzdłuż linii kolejowej i widziałem, jak się podnosi ramię semafora, a potem zobaczyłem pociąg i jeszcze kilka miast i byłem zupełnie wykończony, tak mi się chciało spać, ale nie mogłem ryzykować.
     I na końcu zaczęło się Memphis, to znaczy, wydawało mi się, że to musi być Memphis, bo się ciągnęło przez wiele mil. Masę tam stało domów i było strasznie dużo sklepów, ale autobus nawet się nie zatrzymał i okazało się, że to jeszcze nie Memphis i znowu jechaliśmy koło zbiorników wody i kominów na fabrykach, a jeśli to miały być olejarnie albo tartaki, to muszę powiedzieć, że ich tyle jest i takie duże, i skąd oni biorą taką masę bawełny i drzewa, żeby wszystkie miały robotę.
     No i w końcu naprawdę zobaczyłem Memphis, i już wiedziałem, że to na pewno Memphis, bo tak wysoko sterczało w powietrzu i wyglądało jak dziesięć miast większych jak Jefferson, a sięgało w górę wyżej niż wszystkie góry w okręgu Yoknapatawpha. No i wjechaliśmy do tego miasta, autobus stawał chyba co parę kroków, po obu stronach jechało masę samochodów i pełno było ludzi, którzy chyba tego dnia przybiegli  ze wszystkich stron, tylu ludzi jeszcze na raz nie widziałem i pomyślałem sobie, że pewno w całym Missisipi już nie został nikt, kto by mi chociaż mógł sprzedać bilet  na autobus nie mówiąc o pisaniu do akt i opisów sprawy. Wreszcie autobus stanął ostatni raz na takiej stacji, tylko że strasznie dużej, większej niż Jefferson, więc ja spytałem:
      - Dobrze, a gdzie tu się wstępuje do wojska?
      - Że co? - spytał kierowca autobusu.
     Więc ja spytałem go jeszcze raz o to samo:
      - Gdzie tu się wstępuje do wojska?
      - A, do wojska! - powiedział. I wytłumaczył mi, którędy tam się dostać. Z początku to się bałem, że nie będę wiedział, jak chodzić po takim wielkim mieście, ale się szybko zorientowałem. I nie musiałem juz więcej pytać o drogę, tylko jeszcze dwa razy. Wreszcie prawie doszedłem na miejsce i byłem strasznie zadowolony, że się na trochę wydostałem z tych wszystkich pędzących aut i ludzi, co się pchali, i całego tego hałasu, i sobie pomyślałem, że już niedługo zobaczę Pete'a, i pomyślałem sobie też, że jeśli tam jest dużo takich, co się zapisali do tego wojska, to pewno jednak Pete wcześniej mnie zobaczy niż ja jego. Wszedłem do pokoju, ale tam nie było Pete'a.
     Zupełnie go nie było. Siedział tylko żołnierz z trójkątami na rękawie i coś pisał, a przed nim stało dwóch gości i było jeszcze kilku innych gości, chyba było, coś tak sobie przypominam, że tam jeszcze kilku było.
     Podszedłem do stołu, gdzie ten żołnierz coś pisał, i spytałem:
      - Gdzie jest Pete? - a on spojrzał na mnie, więc ja mu tłumaczę: - Mój brat, Pete Griers. Gdzie on jest?
      - Kto? - spytał żołnierz. - Czego tu chcesz?
     Więc ja mu tłumaczę jeszcze raz:
      - Wczoraj zapisał się do wojska. Jedzie do Pearl Harbor. I ja też. Przyjechałem go dogonić. Gdzie on jest?
      Wszyscy już teraz na mnie patrzyli, ale co mnie to obchodziło.
      - No gadaj - powiedziałem. - Gdzie jest mój brat Pete?
     Ten żołnierz przestał pisać, obie ręce rozłożył na stole i mówi:
      - Aha, ty też jedziesz, co?
      - A jadę - odpowiedziałem. - Oni będą mnie potrzebowali, żeby im kto nosił wodę i rąbał drzewo, no nie? Ja to potrafię. W domu cały czas rąbię drzewo i noszę wodę. No, gdzie jest Pete?
     Ten żołnierz wstał i ryczy:
      - Kto cię tu wpuścił? Zjeżdżaj stąd, a szybko.
      - Wypchaj się - ja mu mówię. - Gadaj zaraz, gdzie jest Pete?
     A ten cholera to jeszcze szybciej się potrafi poruszać niż tamten gość od biletów autobusowych. Nawet nie skoczył przez stół, tylko obszedł dokoła i wpadł na mnie, zanim wiedziałem, co i jak, tak że ledwie miałem okazję wyjąć scyzoryk, otworzyć go i dziobnąć w kikut. Żołnierz wrzasnął i jedną ręką załapał drugą rękę, i stał tak klnąc i wrzeszcząc.
     A jakiś drugi gość złapał mnie od tyłu, więc go też dziabnąłem scyzorykiem, ale nie udało mi się dosięgnąć.
     Potem jeszcze drugi gość złapał mnie od tyłu i wtedy wyszedł inny żołnierz z drzwi pokoju. Miał na sobie pas i jeszcze taki jeden pasek na ukos.
      - Co tu się dzieje? - spytał.
      - Taki owaki dziabnął mnie nożem! - wrzasnął ten pierwszy żołnierz.
     Kiedy to mówił, spróbowałem go macnąć jeszcze raz, ale tamci dwaj mocno mnie trzymali od tyłu, dwóch na jednego, więc ten żołnierz z paskiem na ukos powiada:
      - Spokojnie, spokojnie, schowaj swój nóż, nie jesteśmy uzbrojeni. Porządny człowiek nie rzuca się z nożem na faceta, który nie ma noża.
     Dopiero wtedy coś niecoś zacząłem słyszeć, co on mówi, bo przedtem byłem strasznie zły i nic nie słyszałem. A kiedy on mówił, to jakbym słyszał Pete'a.
      - Puście go - kazał, więc mnie puścili. - No, o co chodzi?
      - Rozumiem - odezwał się na końcu. - I przyjechałeś zobaczyć się z nim przed odjazdem, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
      - Nie, przyjechałem, żeby...
     Ale on się już obrócił do tego pierwszego żołnierza, który owijał sobie rękę chusteczką.
      - Macie takiego? - spytał.
     Ten pierwszy żołnierz podszedł do stołu i zajrzał do jakichś papierów.
      - Jest - powiedział. - Wczoraj się zapisał. Dziś rano wyjeżdża z transportem do Little Rock. - Spojrzał na zegarek, który miał na ręku. - Pociąg odjeżdża za pięćdziesiąt minut. Znam tych chłopaków ze wsi, pewno już wszyscy czekają na stacji.
      - Ściągnijcie go tutaj - kazał ten z paskiem. - Zadzwońcie na stację, niech mu bagażowy sprowadzi taksówkę. A ty chodź ze mną.  - Obrócił się do mnie.
     Za tym pokojem był drugi pokój, gdzie stał tylko stół i kilka krzeseł. Usiedliśmy i ten żołnierz palił papierosa; nawet niedługo czekałem. Od razu poznałem Pete'a po krokach, jak jeszcze szedł przez tamten pierwszy pokój. Żołnierz, co go dziabnąłem, otworzył drzwi i Pete wszedł. Wcale nie był ubrany w żaden mundur. Wyglądał tak samo, jak kiedy wsiadał do autobusu wczoraj rano, tylko że mnie się wydawało, jakby to już było z tydzień temu, bo tyle zwiedziłem różnych miast. Więc Pete wszedł i stanął, i wyglądał tak, jakby wcale nie wyjeżdżał z domu, tylko że to przecież było Memphis, a on jechał jeszcze dalej, do Pearl Harbor.
      - Co ty, do diabła, tutaj robisz? - spytał.
     Więc ja mu powiedziałem, co robię.
      - Przecież ci ktoś musi wodę nosić i rąbać drzewo, na którym będziesz gotował. Wiesz, że potrafię rąbać drzewo i nosić wodę.
      - Nie. Masz wracać do domu - on do mnie.
      - Nie - powiedziałem. - Muszę iść z tobą. Muszę. Koniecznie, Pete!
      - Nie - uparł się Pete. Spojrzał na tego żołnierza. - Nie wiem, co go opętało, poruczniku. Nigdy jeszcze nie rzucał się na nikogo z nożem. - Spojrzał na mnie. - Dlaczegoś to zrobił?
      - Nie wiem - wytłumaczyłem mu. - Musiałem się z tobą zobaczyć.
      - Żebyś mi tego nigdy więcej nie robił, słyszysz? Schowaj ten scyzoryk do kieszeni i trzymaj go w kieszeni. Jeśli jeszcze raz usłyszę, żeś go wyciągnął i kogoś dziabnął, to wrócę, skąd by nie było, i sprawię ci takie lanie, że popamiętasz do sądnego dnia, rozumiesz?
      - Rozumiem, ale chętnie poderżnę komuś gardło, tylko powiedz komu, jeśli przez to będziesz mógł wrócić - powiedziałem. - Pete - powiedziałem. - Pete.
      - Nie, nie możesz tego robić. - Nie mówił już takim ostrym głosem, tylko prawie cicho, i ja wiedziałem, że nic tu już nie wygadam. - Musisz wrócić do domu i zaopiekować się mamą. Liczę na ciebie, że się zajmiesz moimi dziesięcioma akrami. Chcę, żebyś wrócił do domu, dzisiaj, słyszysz?
      - Słyszę - odparłem.
      - Potrafi sam wrócić? - spytał żołnierz.
      - Sam tu przyjechał, no nie? - odparł Pete.
      - Chyba potrafię - zgodziłem się. - Mieszkam tylko w jednym miejscu i chyba zostało ono tam, gdzie było wczoraj.
     Pete wyjął z kieszeni dolara i dał mi go.
      - Kupisz sobie za to bilet, autobus podwiezie cie aż pod naszą skrzynkę do listów. i Słuchaj porucznika, porucznik wyśle cię do autobusu. I wracaj do domu, i zaopiekuj się mamą, i zajmij moimi dziesięcioma akrami, i nie wyjmuj scyzoryka z kieszeni. Słyszysz?
      - Słyszę. Pete.
      - No dobra. Muszę już iść. - Położył rękę na mojej głowie, ale tym razem nie wykręcił mi szyi. Tylko tak chwilę trzymał tę rękę. A potem niech mnie osa ukąsi, jeśli się nie schylił i nie pocałował mnie, jeszcze potem usłyszałem jego kroki, ale nawet nie podniosłem głowy. I tak się skończyło. Zostałem w pokoju i pocierałem miejsce, które Pete pocałował, a ten żołnierz siedział za stołem, patrzył przez okno i strasznie kaszlał. Sięgnął do kieszeni i dał mi coś, ale wtedy nawet na mnie nie spojrzał. Ja za to spojrzałem i to była guma do żucia.
      - Stokrotne dzięki - powiedziałem. - Więc chyba ruszę w powrotną drogę. Mam spory kawał do domu.
      - Poczekaj chwilę - mówi żołnierz i gdzieś znowu zatelefonował, więc mu jeszcze raz powiedziałem, że lepiej sobie pójdę, bo czas na mnie, a on znowu mówi: - Poczekaj, pamiętasz, co ci Pete przykazał?
     Więc czekaliśmy i znowu przyszła jakaś pani, też stara i też w futrze, ale pachniała dobrze i nie miała żadnego pióra ani opisu sprawy też nie miała. Weszła tylko i żołnierz wstał, a ona się rozejrzała, aż mnie zobaczyła, i wtedy podeszła, i tak jakoś lekko i szybko, i tak przyjemnie, jakby sama to zrobiła, położyła mi rękę na ramieniu.
      - Chodź, chłopcze - odezwała się. - Pojedziemy do domu na obiad.
      - Nie - powiedziałam. - Muszę łapać autobus do Jefferson.
      - Ja wiem. Ale masz dużo czasu. Najpierw pojedziemy do domu na obiad.
     Na ulicy stał jej samochód i pojechaliśmy tym samochodem pośrodku wszystkich innych samochodów, które jechały drogą, i prawie żeśmy ciągle wpadali pod autobus, i ci wszyscy ludzie dokoła byli tak blisko, że mógłbym z nimi rozmawiać, ale gdybym wiedział, kto oni są albo oni znali mnie. A potem samochód stanął i ta pani powiedziała, że już jesteśmy na miejscu, i ja spojrzałem na dom, przed którym stanęliśmy, był cały jej, to ona musiała mieć strasznie dużą rodzinę. Ale pewno dom nie był cały jej. Weszliśmy do sali, w której rosły drzewa, i weszliśmy do takiego malutkiego pokoiku, w którym stał tylko czarnuch ubrany w mundur bardziej błyszczący niż mundury tamtych wszystkich żołnierzy, i ten czarnuch zamknął drzwi, i wtedy ja krzyknąłem "Uwaga!" - i złapałem się, za co się można było złapać, ale się okazało, że wszystko jest w porządku, bo ten pokój tylko podjechał do góry i drzwi się otworzyły, i byliśmy w innej sali. Ta pani otworzyła jakieś drzwi, w które weszliśmy, i tam był inny żołnierz, starszy gość tak samo z paskiem na ukos do ostrzenia brzytwy chyba i srebrnym ptaszkiem na każdym ramieniu.
      - No, jesteśmy - powiedziała pani. - Chłopcze, to jest pułkownik McKellog. Teraz powiedz, co byś chciał zjeść.
      - Jajka z boczkiem i trochę kawy - powiedziałem.
     Wyciągnęła rękę do telefonu, ale ją cofnęła ją i spytała:
      - Kawy? Od kiedy ty pijesz kawę?
      - Nie pamiętam od kiedy. Od kiedy pamiętam.
      - Masz chyba z osiem lat, prawda? - spytała.
      - Wcale nie - odparłem. - Mam osiem i dziesięć miesięcy, idzie mi na jedenasty.
     Wtedy ona zatelefonowała. I myśmy potem usiedli, i ja opowiedziałem, jak Pete wyjechał dzisiaj do Pearl Harbor i ja chciałem jechać z ni, ale muszę wracać i zaopiekować się mamą, i doglądać tych dziesięciu akrów Pete'a. A ta pani mi powiedziała, że też ma takiego chłopca w moim wieku i że on jest w szkole na Wschodzie. Wtedy wszedł czarnuch, ale już inny, w takim ubraniu, co miało tył podobny do ogona koszuli, i toczył przed sobą taczki na czterech kółkach. Na tych taczkach były moje jajka z boczkiem i szklanka mleka, i kawałek ciasta też, i ja sobie pomyślałem, że jestem okropnie głodny. Ale kiedy zacząłem jeść, to się okazało, że nie mogę wcale jeść, bo mi nic nie chce przejść przez gardło, i szybko wstałem.
      - Muszę iść - powiedziałem.
      - Poczekaj chwilę - poprosiła ta pani.
      - Muszę iść - powtórzyłem jej.
      - Chwileczkę. Już zatelefonowałam po samochód. Za minutę przyjedzie. Wypij chociaż trochę mleka. No to może dam ci twojej kawy?
      - Nie - powiedziałem. - Nie jestem głodny, zjem, jak wrócę do domu.
     I wtedy zadzwonił telefon. Ona nawet nie podniosła słuchawki.
      - No, jest już samochód. - I poszliśmy z powrotem, i zjechaliśmy na dół tym samym ruchomym pokojem, w którym stał wystrojony czarnuch. Teraz zobaczyłem inny samochód, a w nim żołnierza. Usiadłem z tym żołnierzem na przedzie, a ta pani dała żołnierzowi dolara. - Jakby był głodny - powiedziała - to go zaprowadźcie do porządnej restauracji.
      - Zrobi się, pani Kellogg - zgodził się żołnierz.
     I znowu pojechaliśmy. Dobrze się przyjrzałem temu Memphis, ślicznie świeciło słońce, jak przejeżdżaliśmy. Ale zanim wiedziałem, co i jak, byliśmy z powrotem na tej samej drodze, którą przyjechałem rano autobusem, i tylko migały te domy ze sklepami i te wielkie olejarnie i tartaki.
     To Memphis  ciągnęło się przez całe mile, zanim się zaczęło kończyć. Potem znów jechaliśmy przez pola i przez lasy, bardzo szybko jechaliśmy i gdyby nie ten żołnierz, koło którego siedziałem, to bym pomyślał, że nigdy nie byłem w Memphis. Jechaliśmy teraz strasznie szybko i pomyślałem sobie, że z taką szybkością to raz dwa dojadę do tego zakrętu, koło którego zabił się Francuz, i jak sobie pomyślałem, że przejadę tym wielkim samochodem z żołnierzem za kierownicą, to nagle zacząłem płakać. Nie miałem przedtem pojęcia, że będę płakał, i nie mogłem zupełnie przestać. Więc tak siedziałem koło żołnierza i płakałem. I jechaliśmy bardzo szybko.

(pisownia oryginalna) 
tłumaczenie: Jan Zakrzewski

W. Faulkner Dwaj żołnierze w: Czerwone liście, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1978, str. 22 - 42

ekranizacje:

"Two Soldiers" reż. Christopher Lapalm, USA 1985
w roli chłopca Huckleberry Fox:
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii z VHS, MP4, 776 MB, brak polskiej wersji językowej)

"William Faulkner's Two Soldiers" reż. Aaron Schneider, USA 2003
w roli chłopca Jonathan Furr:
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii AVI, 350 MB, brak polskiej wersji językowej)
Comments