Książki‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Opowiadania‎ > ‎Opowiadanie‎ > ‎

Wilhelm Hauff "Historia o małym Muku" 1825

opublikowane: 9 sie 2012, 08:35 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 11 sie 2012, 02:44 ]
     Inspirowane baśniami z tysiąca i jednej nocy opowiadanie niemieckiego autora opisuje przygody szesnastoletniego już, ale dziecinnego i naiwnego karła, który po śmierci ojca wyrusza w świat, w poszukiwaniu szczęścia. Mimo, że w oryginale bohater jest prawie dojrzałym, ale niskim wzrostem młodzieńcem przyjęło się, że w ekranizacjach postać ta grana jest przez dziecko.

HISTORIA O MAŁYM MUKU

     W Nicei, w moim mieście rodzinnym, mieszkał człowiek, którego nazywano „małym Mukiem". Chociaż byłem wtedy jeszcze bardzo młody, to jednak pamiętam go dokładnie, bo raz z jego powodu ojciec porządnie wygarbował mi skórę.
Już za moich czasów mały Muk był starym kawalerem. Wysoki był wszystkiego na trzy, może cztery stopy, przy tym dziwaczną miał postać. Ciało jego, malutkie i delikatne, dźwigało głowę znacznie większą i grubszą niż głowy innych ludzi. Mieszkał samiuteńki w wielkim domu i gotował sobie sam. Nie wiedziano by nawet w mieście, czy żyje, czy też umarł - bo wychodził tylko raz na cztery tygodnie, ale w południe unosił się z komina jego domu słup dymu. Często też widywano go przechadzającego się po płaskim dachu; z ulicy wyglądało to, jakby biegła po dachu tylko jego wielka głowa.
     Moi towarzysze byli jak i ja wielkimi łobuzami: przekomarzaliśmy się z każdym i drwiliśmy z każdego. Dzień, w którym mały Muk zjawiał się na ulicy, był dla nas prawdziwym świętem. Gromadziliśmy się wtedy przed jego domem i czekaliśmy.
     Kiedy otwarły się drzwi i pokazała się w nich najpierw wielka głowa w większym jeszcze turbanie, a potem dalsza część ciała w wytartym płaszczyku, w szerokich spodniach i w szerokim pasie, za którym tkwił długi sztylet, kiedy się więc zjawiała wśród nas ta figurka pocieszna, rozlegały się ryki radosne, jakich świat nie słyszał. Podrzucaliśmy czapki i jak zwariowani tańczyliśmy dokoła swej ofiary. Mały Muk pozdrawiał nas poważnie skinieniem głowy i szedł wolnym krokiem ulicą w dół. Przy tym człapał nogami, bo miał na nich wielkie, szerokie pantofle, jakich nigdy w życiu nie widziałem. Biegaliśmy za nim, krzycząc wniebogłosy: „Mały Muk! Mały Muk!" Ułożyliśmy
nawet wesołą piosenkę na jego cześć: 
          Mały Muk, Muczek mały
          W wielkim mieszka domu. 
          Mieszka pokryjomu!
          Dzisiaj przyszedł do nas znów.
          Będzie cieszył się świat cały
          Tą największą z głów!
          Karlik z ciebie - luby, miły,
          Goń łobuzów, co masz siły!
          Kuku - kuku!
          Mały Muku!
     Tak figlowaliśmy i drwiliśmy z biedaka bardzo często. Wyznaję ze wstydem: ja dokuczałem mu najgorzej. Targałem go często za płaszczyk, a raz nadepnąłem mu z tyłu na jego wielkie pantofle, tak że wywrócił się, biedaczysko. Bardzo mnie to śmieszyło, ale odechciało mi się śmiechów, kiedy zobaczyłem małego Muka, wchodzącego do domu mego ojca, gdzie zabawił dość długo. Ukryty w bramie domu widziałem, jak ojciec mój odprowadził później małego Muka, trzymając go z uszanowaniem za rękę, i jak się z nim pożegnał wśród głębokich ukłonów. Z duszą na ramieniu wytrwałem jeszcze jakiś czas w swej kryjówce; że jednak głodu więcej się bałem aniżeli cięgów, wylazłem stamtąd w końcu i pokornie - ze spuszczoną głową - stanąłem przed ojcem.
      - Dowiedziałem się, że przezywałeś dzisiaj poczciwego Muka - rzekł ojciec poważnie. - Opowiem ci historię tego człowieka, a wtedy nie będziesz się więcej z niego naśmiewał. Jednak przedtem, a także i po jej wysłuchaniu, dostaniesz zwykłą porcję.
     Na zwykłą porcję składało się dwadzieścia pięć cięgów, z których nigdy nic nie darował. Tym razem gorzej jeszcze niż zwykle wygarbował mi skórę swoim długim cybuchem. A kiedy doliczył się pełniuteńkiej liczby, kazał mi słuchać uważnie i taką opowiedział historię o małym Muku:
      Ojciec małego Muka, który nazywał się Mukra, był ubogim, ale poważanym obywatelem w Nicei. Prowadził życie tak samo pustelnicze, jak teraz jego syn. Nie bardzo on tego syna kochał, bo wstydził się jego karlej postaci, i nie dbał wcale o jego wykształcenie. W szesnastym roku życia mały Muk był jeszcze wesołym dzieckiem, z tego powodu beształ go też często ojciec - człowiek zawsze poważny - że taki dziecinny i głupi.
     Wskutek nieszczęśliwego wypadku stary umarł nagle, pozostawiając małego Muka bez żadnych środków do życia. Krewni, którym zmarły był winien więcej, aniżeli po nim zostało, wygnali biednego chłopca z domu, radząc mu, by poszedł w świat i poszukał tam szczęścia. Przygotowania do podróży nie trwały długo: mały Muk poprosił o ubranie ojca i dano mu je. Ojciec jego był wysokim, tęgim mężczyzną, więc nie nadawało się ono dla karła. Ale Muk umiał sobie poradzić: ściął, co było za długie, i przywdział ten strój. Zapomniał jednak ściąć i wszerz; stąd jego dziwaczny ubiór, jaki dzisiaj jeszcze nosi. Wielki turban, szeroki pas, szerokie spodnie, niebieski płaszczyk - to wszystko otrzymał mały Muk po śmierci ojca i od tego czasu nie zrzucił z siebie. Wetknął wtedy za pas długi sztylet damasceński - również spadek po ojcu - wziął kijek w rękę i wywędrował w świat.
     I uradowany - przecież szukał szczęścia - szedł dzień cały. Kiedy zobaczył na ziemi świecącą w słońcu skorupkę, podniósł ją i schował, przekonany, że zamieni się w najpiękniejszy diament; kiedy widział jaśniejącą w oddali kopułę meczetu lub jezioro lśniące jak zwierciadło, pędził w tę stronę w niepohamowanej radości w przekonaniu, że dostał się do czarodziejskiego kraju. Ale niestety! mamidła te znikały, a żmęczenie i głód przypominały mu dosadnie, że przebywa w kraju zwykłych śmiertelników.
     Tak wędrował dwa dni, głodny i smutny, i już wątpić zaczął, czy uda mu się znaleźć szczęście. Żywił się tym, co znalazł na polu, a twarda ziemia była mu legowiskiem. Rankiem trzeciego dnia zobaczył ze wzgórza wielkie miasto. Na jego kopułach widniał jasno półksiężyc i pstre chorągwie powiewały z dachów, jakby zapraszały małego Muka. Zdziwiony przypatrywał się miastu i okolicy. Tak, tam znajdzie mały Muk szczęście! - rzekł sobie i; mimo zmęczenia, podskoczył z radości. Tam albo nigdzie! Zebrał ostatki sił i skierował się ku miastu. Zdawało się, że niedaleko do celu, a przecież przyszedł tam dopiero około południa, bo małe, zmęczone nóżki słuchać nie chciały i co chwila Muk spocząć musiał w cieniu palmy. Nareszcie stanął pod bramami miasta. Przewiesił starannie płaszczyk przez ramię, ładniej związał turban, założył pas jeszcze szerzej i zatknął ukośniej swój długi sztylet. Potem strzepnął kurz z bucików, wziął swój kijek i wszedł do miasta.
     Minął już kilka ulic. Ale nigdzie nie otwarły się drzwi, nigdzie go nie zaproszono. A on sobie wyobrażał, że się o niego bić tu będą; że z każdego okna, z każdych drzwi usłyszy wezwanie: - Mały Muku, prosimy! Zjedz i wypij z nami, i niech odpoczną twoje nożęta!
     Stał właśnie u bramy wysokiego, pięknego domu, czekając z utęsknieniem na zaprośzenie, kiedy otwarło się okno i wyjrzała stara kobieta, która zawołała śpiewnym głosem:
          Zapraszam serdecznie, 
          Przyjdźcie więc grzecznie 
          Na porcyjkę kaszy
          Do gospodyni waszej!
          Z daleka przyjdźcie i z bliska, 
          Pełna czeka was tu miska!
     Otwarły się drzwi i Muk widział, jak weszły do wnętrza psy i koty. Przez chwilę stał niezdecydowany i rozważał, czy usłuchać zaproszenia. Nareszcie zdobył się na odwagę i wszedł. Kilka młodych kotków maszerowało przed nim; postanowił przyłączyć się do nich, rozumując, że one najlepiej wiedzą, gdzie jest kuchnia.
     Na schodach spotkał Muk starą kobietę z okna. Spojrzała nań niechętnie i spytała, czego chce.
      - Zaprosiłaś przecież gości na kaszkę - odpowiedział - a że głodny jestem, więc i ja się zjawiłem.
     Roześmiała się stara i rzekła:
      - Skąd to przychodzisz, dziwaku? Całe miasto wie, że gotuję tylko dla mych kochanych kotków. A od czasu do czasu spraszam im dla towarzystwa znajomych z sąsiedztwa - ale tylko koty i psy. Dzisiaj właśnie taki u mnie bal.
     Mały Muk opowiedział starej wszystko, co przecierpiał po śmierci ojca i prosił, by i jemu pozwoliła posilić się. Starowina, której spodobało się proste i uczciwe opowiadanie malca, przyjęła go w gościnę i nakarmiła, i napoiła. Następnie obejrzała chłopca dokładnie i tak rzekła: - Mały Muku, wstąp do mnie na służbę. Pracy niedużo, a dobrze ci u mnie będzie.
     Mały Muk, któremu smakowała kocia kaszka, zgodził się i przyjął służbę u pani Ahawci. Obowiązki miał łatwe, ale dziwne. Pani Ahawci miała dwa kocury i cztery kotki; te zwierzątka musiał Muk codziennie czesać i nacierać wonnymi maściami i uważać na nie, kiedy ich pani wychodziła z domu. Kiedy jadły, podawał im miseczki, a na noc ścielił im na jedwabnych poduszeczkach i nakrywał aksamitnymi kołderkami. Były także psy w domu, które musiał obsłużyć; ale z nimi nie robiono tyle ceregieli ile z kotami, które pani Ahawci kochała jak własne dzieci.
     Zresztą żył tu Muk samotnie, jak w domu swego ojca. Poza swą gospodynią obcował cały dzień tylko z psami i kotami. Działo mu się przez pewien czas wcale dobrze. Syty był, roboty miał niewiele. Pani Ahawci także była zadowolona. Ale z czasem pokazały koty swą przewrotną naturę: kiedy starej nie było w domu, skakały jak opętane po pokojach, przewracały wszystko i nieraz stłukły kosztowną wazę, która im zawadzała. A kiedy na schodach słychać było kroki starej, prędko kładły się na poduszki, udawały niewiniątka i merdały ogonkami, jakby nigdy nic. Pani Ahawci wpadała w gniew i łajała Muka za te nieporządki i szkody. Zaklinał się biedaczysko, że niewinny, ale stara wierzyła swoim ukochanym kotom.
     Posmutniał mały Muk, bo i tu szczęścia nie znalazł, i postanowił w duchu porzucić służbę u pani Ahawci. Ponieważ jednak podczas swej pierwszej podróży doświadczył już, jak to źle na świecie bez pieniędzy, postanowił wziąć sobie sam należną mu za służbę płacę, którą mu jego chlebodawczyni przyrzekła wprawdzie, ale dać nie chciała. W domu pani Ahawci był pokój zawsze zamknięty, do którego nie miał wstępu. Często zamykała się w nim stara i przesuwała rozmaite sprzęty; mały Muk dałby pół życia, żeby się dowiedzieć, co się w tym pokoju kryje. Kiedyś wpadło mu na myśl, że tam pewnie ukryte są skarby. Ale jak się do nich dostać, skoro drzwi były zawsze zamknięte?
     Pewnego dnia, kiedy pani Ahawci wyszła, zbliżył się do niego jeden z piesków, którego stara traktowała po macoszemu, a którego względy zaskarbił sobie Muk przez rozmaite przysługi. Otóż piesek ten chwycił szerokie spodnie Muka i ciągnął go, jakby żądał od niego, by z nim poszedł. Piesek zaprowadził go do izby sypialnej pani Ahawci i zatrzymał się przed małymi drzwiami, których Muk dotychczas nigdy nie widział; drzwi te były na pół otwarte. Piesek wszedł do środka, a za nim Muk. Jakaż była jego radość, kiedy znalazł się w pokoju, o którym od dawna marzył. Rozejrzał się dokoła, szukając pieniędzy, jednak nic nie znalazł. Pełno tu tylko było starych sukien i dziwacznych naczyń. Jedno naczynie - z kryształu, z bardzo ładnymi wzorami - szczególnie mu się spodobało. Wziął je w rękę, obracał na wszystkie strony. Wtem... strach, co się stało! Nakrywka naczynia spadła i rozbiła się na tysiąc kawałków.
Życie w nim zamarło... Ale ostatecznie wypadek ten zadecydował o jego losie: musiał uciec, jeżeli nie chciał, by go stara zabiła. Jeszcze raz rozejrzał się, co by mógł pa drógę zabrać ze sobą z bogactw pani Ahawci. Wzrok jego padł na potężne, wielkie pantofle. Nie bardzo były ładne, ale jego własne nie wytrzymałyby i najkrótszej podróży. Zresztą nęciła go właśnie ich wielkość: nikt nie będzie odtąd drwił z niego, że jest malcem. Zrzucił więc szybko stare pantofelki i włożył nowe. Laseczka z pięknie wyrzeźbionym łbem lwa również go nęciła. Po cóż ma niepotrzebnie stać w kącie. Wziął ją i wybiegł z pokoju. W swej izdebce ubrał się w płaszczyk, włożył na głowę ojcowski turban, sztylet wsunął za pas i pognał, ile mu sił starczyło, ze strachu, że wpadnie w ręce starej pani Ahawci... I niedługo znalazł się za miastem. Ale zmęczony był porządnie. Takiego marszu nigdy w życiu nie zrobił. Zdawało się, że w ogóle nie ustanie w biegu; gnała go jakaś niewidzialna siła... Nareszcie powiedział sobie, że te jego nowe pantofle mają chyba jakieś nadzwyczajne właściwości. Nie inaczej. Gnały same, gnały bez ustanku i prowadziły go ze sobą. Próbował zatrzymać się; daremnie. A taki był zmęczony mały Muk! Ach, żeby tak choćby tylko chwilę spocząć! Jak sobie poradzić? Co robić? W największej rozpaczy zawołał - jakby do siebie, tak od niechcenia: „ O, o! stój! o!" I... stanęły pantofle, a Muk padł wyczerpany na ziemię.
     Więc za służbę swą zdobył coś, co mu ułatwi znalezienie szczęścia...
     Mimo radości usnął ze zmęczenia.
     We śnie przyszedł do niego piesek, przyjaciel z domu pani Ahawci, i tak mu rzekł:
      - Kochany Muku! Nie znasz jeszcze możliwości swoich pantofli. Wiedz, że jeżeli je przywdziejesz i trzy razy obrócisz się na obcasie, wtedy pofruniesz, dokąd tylko zechcesz... Masz także bardzo wartościową laseczkę. Z jej pomocą znajdziesz skarby. Bo gdzie zakopane jest złoto, tam uderzy ona trzy razy o ziemię, przy srebrze dwa razy.
Tak śnił mały Muk. A gdy się zbudził, postanowił od razu zrobić próbę. Włożył pantofle, podniósł jedną nogę w górę i począł obracać się na jednym obcasie. Kto już próbował w niemożliwie wielkich pantoflach wykonać tę sztukę trzy razy z rzędu, ten zrozumie, dlaczego nie udała się ona małemu Mukowi. Pamiętać także należy, że jego wielka głowa przeważała raz na tę, raz na drugą stronę.
     Biedny malec upadł kilka razy i potłukł się porządnie. Ale tak długo próbował, aż mu się sztuka nareszcie udała.
Obrócił się wkoło na obcasie, wypowiedział życzenie, że chciałby dostać się do najbliższego wielkiego miasta, i pantofle uniosły go z sobą w górę, popędziły przez przestworza niebieskie. I nim się mały Muk opamiętał, znalazł się na wielkim placu targowym, gdzie były liczne kramy, i gdzie krzątało się bardzo dużo ludzi. Niedługo się tu zatrzymał, uważał, że bezpieczniejszy będzie na mniej ludnych ulicach. Bo na rynku nadepnął mu ten i ów na pantofle tak, że o mało nie upadł; to on znowu uderzył w ścisku jakiegoś przechodnia swoim długim sztyletem, za co otrzymał bolesnego szturchańca.
Mały Muk zastanawiał się poważnie, jakby zarobić na życie. Miał wprawdzie laseczkę, która mu mogła wskazać ukryte skarby. Ale jak znaleźć miejsce, gdzie zakopano złoto lub srebro? Od biedy mógłby pokazywać się ludziom za pieniądze, ale na to nie pozwalała mu jego duma. Pozostawały pantofle; te mogłyby mu chyba zapewnić byt. I postanowił szukać zarobku jako szybkobiegacz. Rozumował, że za taką służbę najlepiej zapłaci król; udał się więc do pałacu. Straż pałacowa, dowiedziawszy się, że mały Muk szuka zajęcia, skierowała go do Assaya, dozorcy niewolników, i jego poprosił malec, by wystarał się o miejsce królewskiego biegacza. Assay zmierzył go od stóp do głowy i rzekł: - Co? Mając takie nóżki chcesz być królewskim posłem? Zabieraj się! Nie mam czasu dla każdego głupca!
     Mały Muk zapewniał, że zupełnie poważnie prosi o to zajęcie i że gotów jest współzawodniczyć z każdym. Ubawiła Assaya ta rozmowa. Kazał przygotować mu się na wieczór do próbnych wyścigów; następnie zaprowadził go do kuchni, gdzie dano mu porządnie jeść i pić. Sam zaś udał się do króla i opowiedział mu tę śmieszną historię. Król lubił żarty, pochwalił więc Assaya, że zatrzymał małego Muka i polecił mu na wielkiej łące przygotować wszystko do wyścigów. Cały dwór miał być obecny na tym widowisku. Król opowiedział o wieczornej uciesze swoim księżniczkom i księciom, ci swoim orszakom dworskim. Dowiedziała się w końcu o tym cała służba. Naprężenie i oczekiwanie rosło coraz bardziej i kiedy wieczór nastał, wyległ cały dwór na łąkę, gdzie wszystko już było przygotowane do niezwykłych wyścigów chełpliwego karła.
     Kiedy król i jego córki, i synowie, i dworzanie usadowili się w przygotowanych dla nich lożach, wystąpił mały Muk i złożył zgromadzonym głęboki ukłon. Na jego widok rozległy się zewsząd radosne okrzyki: tak pociesznej figurki nigdy jeszcze nie oglądano. Drobniutkie ciałko, na nim olbrzymia głowa, płaszczyk, szerokie spodnie, długi sztylet za szerokim pasem, maleńkie nóżki w obszernych pantoflach — takie to było śmieszne i komiczne, że nie można się było powstrzymać od śmiechu. Nie wyprowadziło to małego Muka z równowagi. Wsparty na swej laseczce czekał spokojnie i dumnie na przeciwnika, którym - stosownie do jego życzenia - był najtęższy biegacz królewski. Ten stanął za chwilę obok malca i na dany przez księżniczkę znak pognali zawodnicy jak strzały ku temu samemu celowi.
     Zrazu przeciwnik wyprzedził małego Muka; ale Muk pognał na swym pantoflowym wehikule i przegonił tamtego.
Widzowie oniemieli z podziwu... Pierwszy król począł klaskać, potem książęta i księżniczki, i dworzanie; aż w końcu cały tłum zawył radośnie:
      - Niech żyje mały Muk, bohater i zwycięzca!
     Zaprowadzono małego bohatera przed króla. Padł on u stopni tronu i tak rzekł:
      - Potężny władco! Pokazałem dzisiaj tylko próbkę mego kunsztu. Pozwól, bym otrzymał miejsce wśród twoich biegaczy. Król odpowiedział:
      - Nie! Będziesz zawsze przy mnie, dostaniesz rocznie sto złotówek i zasiądziesz do stołu z moimi najlepszymi sługami.
Zdało się Mukowi, że nareszcie znalazł szczęście, którego tak długo szukał... Czuł się szczęśliwy i zadowolony. Cieszył się też szczególnymi względami i łaską króla. Ten posyłał go wszędzie w sprawach ważnych, poufnych i niecierpiących zwłoki; a Muk załatwiał wszystko starannie i dokładnie, i nieprawdopodobnie szybko.
     Ale inni słudzy króla nie bardzo byli mu życzliwi, bo stracili łaskę swego pana przez tego karła szybkobiegacza. Układali więc rozmaite plany, aby go usunąć i zniszczyć. Wszystko bez skutku, bo król ufał bezwzględnie małemu Mukowi i otaczał go coraz to nowymi względami i godnościami.
     O tym, że kotłuje się wśród służby dworskiej przeciw niemu, wiedział Muk; jednak o zemście nie myślał, szukał raczej sposobów, jakby pozyskać sympatię nieprzyjaciół. W szczęściu zapomniał o swej laseczce; teraz - w potrzebie - znowu ją sobie przypomniał; jeżeli posiądzie skarby, to potrafi chyba przebłagać wrogów i ich knowania ustaną. Nieraz słyszał, że ojciec obecnego króla zakopał liczne skarby, kiedy nieprzyjaciel wpadł był do kraju. Opowiadano także, że tajemnicę tę zabrał stary król do grobu. Odtąd brał mały Muk swój czarodziejski kijek na każdą przechadzkę w nadziei, że raz może trafi przypadkiem na miejsce, gdzie zakopane leży złoto starego króla...
     Pewnego wieczora zaszedł w odległą część ogrodu zamkowego i nagle uczuł, że laseczka w jego ręku drgnęła, a potem trzy razy uderzyła o ziemię. Wiedział, co to znaczy. Wyciągnął sztylet, wyrył znaki na drzewach otaczających to miejsce; potem powrócił cichutko do zamku, wystarał się o łopatę i czekał, aż noc zapadnie.
     Kopanie sprawiało małemu Mukowi większe trudności, niż się spodziewał. Ramionka miał słabe, a łopata była bardzo ciężka. Już dwie godziny pracował, a wykopał ziemi niewiele. Nareszcie natknął się na coś twardego, jakby na żelazo. Więc gorliwiej jeszcze zabrał się do roboty i w końcu trafił na dużą, żelazną pokrywę. Teraz zszedł sam w wykopany dół - laseczka nie zawiodła - znalazl tam wielki garnek, cały złotem wypełniony. Ale siły mu nie starczyło, by dźwignąć ciężki skarb. Dlatego wsunął w szerokie spodnie i za pas tyle złota, ile tylko mógł unieść, napełnił nim także płaszczyk; potem wszystko starannie przysypał ziemią. Jednak, gdyby nie miał pantofli, nie potrafiłby ruszyć z miejsca, bo przykuwał go ciężar złota. Nie spostrzeżony przez nikogo wrócił do izdebki i pod poduszkami sofy ukrył złoto.
     Przekonany był mały Muk, że teraz zmieni się wszystko, że wśród dotychczasowych wrogów zyska zwolenników i prawdziwych przyjaciół. Jakże głupiutki Muk mógł się spodziewać, że za pieniądze kupi sobie przyjaciół? Ach, mały Muku! Należało wtedy korzystać ze swych zaczarowanych pantofli i dać drapaka ze zdobytym złotem!
     Pieniądze, które odtąd mały Muk rozdzielał pełnymi garściami, obudziły zazdrość innych sług dworskich. Kuchmistrz Ahuli rzekł:
      - To bez wątpienia fałszerz na wielką skalę.
Assay, dozorca niewolników, zawyrokował:
      - Ten przeklęty karzeł wycyganił pieniądze od króla! Podskarbi Archaz, jego najzaciętszy wróg, który miał na sumieniu niejedną kradzież ze skarbca królewskiego, oświadczył
wprost:
      - Muk złodziej! Skradł złoto!
     Uknuli nowy spisek przeciw biednemu malcowi i pewnego dnia zjawił się przed obliczem króla podczaszy Korchuz, smutny i przygnębiony. A udawał smutnego tak natarczywie, że król zapytał w końcu, czego mu właściwie brak.
      - Ach - odpowiedział Korchuz - smutny jestem, bo straciłem łaskę swego pana.
      - Co też pleciesz, Korchuzie? — rzekł król. — Od kiedy to nie grzeje cię słońce mojej łaski?
      - Obsypujesz przecież złotem swego karła-szybkobiegacza, a swoim ubogim wiernym sługom nic nie dajesz - użalił się podczaszy.
      Ta wiadomość zdziwiła króla. Wysłuchał uważnie opowiadania o tajemniczych skarbach małego Muka. Spiskowcom udało się - przy wspólnym wysiłku - wywołać u króla podejrzenie, że jego szybkobiegacz okradł skarbiec królewski. Ten obrót sprawy szczególnie był na rękę podskarbiemu, który i tak bardzo niechętnie składał rachunki ze stanu kasy. Król polecił, by potajemnie śledzić każdy krok małego Muka, tak by go przyłapać na gorącym uczynku.
     Kiedy w nocy po tym nieszczęśliwym dniu, szczodry Muk zakradł się znowu do ogrodu zamkowego, by zaopatrzyć się w nowe złoto poszły za nim w pewnym oddaleniu straże, prowadzone przez kuchmistrza Ahulego i podskarbiego Archaza. I w chwili, gdy ładował złoto z garnka do swego płaszczyka, rzucili się na niego, związali i sprowadzili do króla. Król oburzony, że mu przerwano drzemkę - przyjął szybkobiegacza niechętnie, i natychmiast rozpoczął przesłuchanie.
Wydobyto garnek z ziemi i przyniesiono go królowi wraz z łopatą i z płaszczykiem, pełnym złota. Podskarbi zeznał, że straże przyłapały Muka, jak zakopywał skarb. Król spytał oskarżonego, czy to prawda i skąd wziął złoto, które chciał zakopać. W poczuciu swej niewinności oświadczył Muk spokojnie, że garnek ten udało mu się odnaleźć i że go chciał wykopać, a nie zakopać.
     To tłumaczenie rozśmieszyło obecnych; król zaś, oburzony bezczelnością karła, zawołał:
      - Nędzniku! Okradłeś swego króla, a teraz chcesz go tak głupio i haniebnie okłamać! Podskarbi Archaz! Masz natychmiast oświadczyć, czy takiej właśnie sumy brak w moim skarbcu?
     Podskarbi odpowiedział, że zna dokładnie stan kasy, i że tyle, a raczej więcej jeszcze, brak od pewnego czasu w skarbcu królewskim, że przysiąc może, że wszystkie pieniądze Muka pochodzą z kradzieży. Król rozkazał zakuć małego Muka w kajdany i wrzucić do więzienia. Podskarbiemu oddał złoto, by je włożył do skarbca. Zadowolony był Archaz, kiedy w domu u siebie liczył lśniące pieniążki; znowu ładnie zarobił. Zły ten człowiek nie powiedział nikomu, że na dnie garnka znalazł karteczkę następującej treści:
     Nieprzyjaciel napadł kraj, dlatego zakopałem część skarbów. Przeklęty ten, kto je znajdzie, a nie odda memu synowi!
Król Sadi
***

     W więzieniu miał mały Muk sposobność zastanowić się nad tym, co go spotkało. Wiedział, że za kradzież dobra królewskiego czekała winowajcę śmierć; a przecież nie chciał zdradzić królowi swej tajemnicy o laseczce, bo obawiał się - nie bez słuszności - że straci i laseczkę, i pantofle. Pantofle w więzieniu pomóc mu nie mogły, bo skuty - mimo ciągłych prób i wysiłków - nie zdołał obrócić się na obcasie.
     Kiedy następnego dnia doniesiono mu, że został skazany na śmierć, powiedział sobie, że przecież lepiej będzie wyrzec się laseczki, a zachować życie. Zażądał posłuchania u króla na osobności i zdradził mu swą tajemnicę. Zrazu król niewiele przywiązywał wagi do jego zeznań; ale mały Muk przyrzekł, że go przekona o prawdzie swych słów, jeżeli mu król daruje życie. Król zgodził się, kazał potajemnie zakopać nieco złota i wezwał Muka, by je odnalazł. Niedługo szukał: w pewnym miejscu laseczka uderzyła trzy razy o ziemię. Król przekonal się teraz, że oszukał go podskarbi i posłał mu - jak to jest w zwyczaju na wschodzie - jedwabny sznur, aby się sam nim udusił. Do małego Muka zaś rzekł: - Przyrzekłem ci wprawdzie życie. Ale zdaje mi się, że ty prócz laseczki posiadasz jeszcze jedną tajemnicę. Dlatego zostaniesz tak długo w więzieniu, aż powiesz, jak to się dzieje, że tak szybko biegasz.
     Biedny Muk, który podczas jednej nocy, spędzonej w lochu dosyć przecierpiał, usłyszawszy tę groźbę króla, wyśpiewał wszystko: że jego siłę i sztukę stanowią pantofle. Jednak nie powiedział królowi, że trzeba się na obcasie trzy razy obrócić. Król natychmiast włożył pantofle, by zrobić próbę - jak szalony gnał w nich po całym ogrodzie. Chciał stanąć, ale nie wiedział, jak się zatrzymać. A mały Muk, zresztą najlepszy z ludzi, tym razem cieszył się tą małą zemstą i pozwolił mu gnać, aż ten nieprzytomny padł na ziemię.
     Kiedy król znowu odzyskał przytomność, był strasznie zły, że mały Muk nie wstrzymał przeklętych pantofli.
      - Zaręczyłem ci słowem królewskim, że ci życie i wolność daruję. Ale w przeciągu dwunastu godzin musisz opuścić mój kraj, bo w przeciwnym razie każę cię powiesić! Pantofle zaś i laseczka zostaną w moim skarbcu!
     I jako żebrak wywędrował mały Muk z kraju niewdzięcznego króla. On, który wszystkim dobrze chciał czynić, nigdzie nie mógł zaznać ni szczęścia, ni spokoju. Kraj, z którego go wygnano, był niewielki i już w przeciągu ośmiu godzin stanął Muk u granicy. Jednak ta wędrówka bardzo zmęczyła biedaka, bo się już był przyzwyczaił do swoich pantofli.
     Po przekroczeniu granicy zszedł z gościńca w lasy, ażeby tam, w pustkowiu, żyć z dala od świata dla siebie tylko. Bo po tym, co przeżył, czuł w sercu żal i niechęć do wszystkich ludzi. W gęstym lesie znalazł miejsce, które mu się wydało odpowiednie dla jego zamiarów: strumyk, otoczony cienistymi drzewami figowymi, opodal murawa. Tu spoczął nareszcie umęczony Muk i głodny zasnął. A kiedy się po dłuższym czasie zbudził, powiedział sobie, że śmierć głodowa to rzecz nieprzyjemna i począł rozglądać się za jakimś pożywieniem.
     Z drzewa, pod którym spał, zwisały dojrzałe, soczyste figi. Zerwał kilka sztuk, bardzo mu smakowały. Potem poszedł nad strumyk, by ugasić pragnienie. Jakież było jego przerażenie, kiedy w wodzie zobaczył , że wyrosły mu olbrzymie uszy i długi, gruby nos! Chwycił się rękami za głowę. „Należą mi się ośle uszy! — pomyślał. — Bo jak osioł szczęście precz od siebie rzuciłem!"
     Przechadzał się po lesie, a gdy znów uczuł głód, zjadł jeszcze kilka fig. Podczas jedzenia pomyślał, że może potrafi ukryć uszy pod wielkim turbanem.
     W tej chwili uczuł jednak, że usży znikły. Pobiegł nad strumyk i przekonał się, że mają dawny kształt. Domyślił się, skąd to pochodzi: po zjedzeniu owoców pierwszego drzewa figowego wyrosły mu długie uszy i długi nos, owoce drugiego drzewa uleczyły go.
     Uradowany zrozumiał, że jeszcze raz uśmiechnęło się do niego szczęście. Zerwał z każdego drzewa tyle owoców, ile tylko mógł unieść, i powrócił do kraju, z którego niedawno został wygnany. Tam zakupił w najbliższym miasteczku nowe suknie i w przebraniu, nie poznany przez nikogo, udał się do miasta, gdzie rezydował niewdzięczny król.
     Była to pora roku, kiedy dojrzałe owoce należą do rzadkości. Mały Muk usiadł pod bramą pałacu; znał tutejsze zwyczaje i wiedział, że tu kuchmistrz zakupuje smakołyki dla kuchni królewskiej. Niedługo czekał; kiedy kuchmistrz zobaczył koszyczek Muka, przystąpił do niego natychmiast. 
      - Ach, nadzwyczajny to kęs! - zawołał. - Jego królewska mość żołądka sobie nie popsuje! Ile chcesz za ten koszyk?
     Muk wymienił skromną cenę i sprzedał swój towar. Następnie dał drapaka i trzymał się w ukryciu w bezpiecznym miejscu, bo bał się, że kiedy nieszczęście pojawi się na głowie króla i jego dworu, wtedy go odnajdą i zabiją!
     Król był podczas obiadu wesół i zadowolony i wychwalał ciągle swego kuchmistrza za jego dbałość i staranność. Kuchmistrz uśmiechał się znacząco, dając do poznania, że jeszcze coś przygotował na dzisiaj dla swego pana, coś nadzwyczajnego. Czekano w naprężeniu. Nareszcie zjawiły się na stole - figi. Rozległo się ogólne: - Ach, jakie to apetyczne! jakie smaczne!
     A król-pasibrzuch rzekł: - Zuch z ciebie, kuchmistrzu! Order ci przyrzekam.
     Król sam rozdzielał przysmak: każdy książę i każda księżniczka otrzymali dwie figi, wezyrowie zaś i damy dworskie po jednej. Resztę przeznaczył król dla siebie i począł je zjadać z wielkim apetytem.
      - Ach Boże! Jak też ty wyglądasz, ojcze? — zawołała nagle księżniczka. Wszyscy spojrzeli na króla: głowę jego zdobiły olbrzymie uszy, a nos zwisał mu aż do brody. I na siebie patrzyli zdumieni: wszyscy mniej więcej tak samo wyglądali.
     Pomyśleć, co się działo na dworze króla! Wezwano wszystkich lekarzy. Zbiegli się masami, zalecili różne pigułki i mikstury. Ale długie uszy i nosy nie znikały. Operowano nawet jednego księcia, ale uszy odrosły mu.
     Z ukrycia obserwował Muk wypadki na dworze królewskim, aż nareszcie uznał chwilę za odpowiednią, by wystąpić. Już wpierw sprawił sobie za pieniądze, otrzymane za figi, strój dający mu wygląd uczonego. Długa broda, którą założył, zmieniła go nie do poznania. W woreczku miał figi.
     Zjawił się w pałacu króla i ofiarował swe usługi jako obcy lekarz. Zrazu nie ufano mu. Kiedy jednak Muk dał jednemu księciu figę do zjedzenia, a uszy i nos tego księcia odzyskały od razu dawniejszy kształt, wszyscy błagali cudotwórcę o ratunek. Król wziął go w milczeniu za rękę i zaprowadził do swej komnaty; tam otworzył drzwi, prowadzące do skarbca, i skinął na Muka, by z nim poszedł.
      - Oto moje skarby - rzekł. - Weź, co ci się podoba, tylko uwolnij mnie od tej hańby!
     Była to słodka muzyka dla uszu Muka. Od razu zauważył w skarbcu swoje pantofle i laseczkę. Przechadzał się po sali, udając, że podziwia skarby króla. A gdy stanął obok pantofli, prędko się w nie wsunął, chwycił swą laseczkę, zerwał fałszywą brodę i oniemiałemu królowi pokazał dobrze mu znaną twarz wygnanego Muka.
      - Królu niewdzięczny! - zawołał. - Ty, który za wierną służbę niewdzięcznością płacisz! Zatrzymaj swą potworną postać na całe życie. Zasłużyłeś na tę karę! Uszy i nos przypominać ci będą codziennie małego Muka!
     Obrócił się prędko na obcasie, wyraził życzenie dostania się daleko, daleko i nim król mógł wezwać kogoś na pomoc, już małego Muka nie było.
     Odtąd żyje mały Muk w naszym mieście w dostatku, ale samotny. Bo żal ma do ludzi. Doświadczenie zrobiło z niego mędrca. Niepokaźnie wprawdzie wygląda. Ale na drwiny nie zasłużył, raczej na podziw i uszanowanie... Czy nie?
     To opowiedział mi mój ojciec. Byłem wzruszony i serdecznie żałowałem, że tak niegrzecznie postąpiłem z biednym, małym Mukiem. Widząc mą skruchę, podarował mi ojciec drugą „porcję", którą mi był przyrzekł. Potem opowiedziałem kolegom o niezwykłych losach i przejściach małego Muka. Odtąd pokochaliśmy go naprawdę i szanowaliśmy go jakby kadiego.

(pisownia oryginalna)

W. Hauff Kalif bocian i inne opowiadania opr. Michał Marczewski i Jerzy Michałowski, Votum, Warszawa, 1992

Ekranizacje:

Skarby sułtana (Die Geschichte vom kleinen Muck) reż. Wolfgang Staudte, NRD, 1953
w roli Muka Thomas Schmidt:
(zdjęcia pochodzą z niemieckiego wydania DVD - dostępne też na Blu-ray - z oryginalną niemiecką ścieżką dźwiękową i angielskim dubbingiem, brak polskiej wersji językowej)

Priklyucheniya malenkogo Muka (Приключения маленького Мука) reż. Yelizaveta Kimyagarova (Елизавета Кимягарова), ZSRR (obecny Tadżykistan), 1983
w roli Muka Bakhtiyer Fidoyev (Бахтиер Фидоев):
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii z telewizji zakodowanej jako DVD-Video, oryginalna rosyjska ścieżka dźwiękowa, brak polskiej wersji językowej)
Comments