Książki‎ > ‎Dla dzieci‎ > ‎Opowiadania‎ > ‎

Opowiadanie

Ian McEwan - "Pierwsza miłość, ostatnie posługi" 1971 - 1977

opublikowane: 10 lut 2016, 05:10 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 10 lut 2016, 12:13 ]

Ian McEwan Pierwsza miłość, ostatnie posługi

     Debiutancki zbiór opowiadań Iana McEwana, uznawanego za jednego z najwybitniejszych żyjących brytyjskich pisarzy, ukazał się w 1975 r. Jego autor urodził się w Aldershot, jako syn wojskowego, aż do 12 roku życia wraz z ojcem i matką przebywał m.in. na Singapurze, w Niemczech i Libii. Następnie powrócił do Anglii i rozpoczął edukację wyższą, kończąc kurs kreatywnego pisania. W swojej twórczości znany jest z sięgania po groteskę i makabrę. Jeśli chodzi o poglądy - jest ateistą, od wielu lat przyjaźni się z Christopherem Hitchensem.
     Ian McEwan jest także scenarzystą. Napisał scenariusz do filmu "Synalek" z Macaulay'em Culkinem i Elijahem Woodem. Wielokrotnie ekranizowano także jego własną twórczość.
     Zbiór opowiadań "Pierwsza miłość, ostatnie posługi" doczekał się polskiego wydania wiosną 1987 r. Zawiera m.in. opowiadanie "Ostatni dzień lata". Jego bohaterem jest dwunastoletni sierota Tom. Chłopiec wychowuje się w domu przypominającym komunę, który prowadzi jego brat. Pewnego dnia do wolnego pokoju na poddaszu wprowadza się chorobliwie otyła Jenny. Chłopiec jest zafascynowany niezwykłą osobowością nowej lokatorki i zaprzyjaźnia się z nią.

Wiek bohaterów: Tom - 12 lat

I. McEwan Pierwsza miłość, ostatnie posługi i inne opowiadania, Czytelnik, Warszawa, 1987

Ekranizacja:  "Last Day of Summer", 1984 r., reż. Derek Banham, w roli Toma Graham McGrath:
Graham McGrath Last Day of Summer
Graham McGrath Last Day of Summer
Graham McGrath Last Day of Summer
Graham McGrath Last Day of Summer

Graham Greene - "23 opowiadania" 1929 - 1954

opublikowane: 13 sie 2013, 18:24 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 13 sie 2013, 18:25 ]

     Graham Greene jest jednym z najczęściej ekranizowanych brytyjskich pisarzy. Wychowany w katolickiej rodzinie dorastał jako czwarty z sześciorga potomstwa. Jako pisarz, a także krytyk literacki często podejmował tematy winy, odkupienia i boskiej łaski, przez co utarło się, że jest on pisarzem katolickim. Greene sprzeciwiał się brytyjskiemu imperializmowi, a także przez pewien czas należał do partii komunistycznej. Przez całe życie cierpiał na zaburzenie afektywne dwubiegunowe i dużo podróżował.
     Zbiór "23 opowiadania" zawiera jego najwcześniejsze dzieła. Są to niezbyt długie, zazwyczaj kilkunastostronicowe opowiadania. Polscy redaktorzy uszeregowali je w taki sposób, że jako pierwsze umieścili dwie najlepsze historie "Życie innych ludzi" i "Koniec zabawy".

pierwsze opowiadanie - "Życie innych ludzi" ("The Basement Room") tł. Jacek Woźniakowski

     Rodzice siedmioletniego Filipa wyjeżdżają na dwutygodniowe wakacje, zostawiając synka pod opieką służby. Chłopiec cieszy się, ponieważ oznacza to "prawdziwe życie" - dużo wolnego czasu i nowe historie, które opowiada mu sympatyczny majordomus "pan Baines". Niestety mężczyzna ten jest pod przemożnym wpływem swojej żony, natarczywej i zasadniczej służącej "pani Baines".
     Opowiadanie to posłużyło jako podstawa scenariusza filmu "Stracone złudzenia" w reżyserii Carola Reeda.

drugie opowiadanie - "Koniec zabawy" ("The End of the Party") tł. Andrea Tonchu-Ru

     Dziewięcioletni bliźniacy Franuś i Piotruś Morton zostali zaproszeni na urodziny koleżanki. Franuś boi się ciemności i robi wszystko, żeby uniknąć zabawy w chowanego po ciemku w nieznajomym domu. Piotruś nie jest tak bojaźliwy, jak jego brat, ale stara się mu pomóc. Niestety, jak na złość, dorośli nie rozumieją dziecięcych strachów i każą braciom wziąć udział w zabawie.
     Opowiadanie "Koniec zabawy" zostało opublikowane po raz pierwszy w zbiorze opowiadań grozy w 1929 r. Graham Greene uznawał je za jedno ze swoich najlepszych dzieł.

G. Greene 23 [dwadzieścia trzy] opowiadania tł. zbiorowe red. Tadeusz Szafrański, Wydawnictwo PAX, Warszawa, 1956

Ekranizacja:

"Stracone złudzenia" ("The Fallen Idol") reż. Carol Reed, w roli Filipa (Phillipe) około ośmioletni Bobby Henrey:
Bobby Henrey film Stracone złudzenia 1948
Bobby Henrey film Stracone złudzenia 1948
Bobby Henrey film Stracone złudzenia 1948
Bobby Henrey film Stracone złudzenia 1948
(zdjęcia pochodzą z wydania DVD Criterion Collection, brak polskiej wersji językowej)

Jean-Marie Gustave Le Clézio - "Mondo i inne historie" 1978

opublikowane: 2 sie 2013, 11:05 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 2 sie 2013, 11:07 ]

Jean Marie Gustave Le Clezio Mondo i inne historie WAB 2011

     Zbiór opowiadań "Mondo i inne historie" ukazał się u nas z dużym opóźnieniem (ponad 30 lat!) na fali zainteresowania twórczością noblisty z 2008 r. Jeana Marii Gustava Le Clézio. Ten francuski pisarz i eseista urodził się 13 kwietnia 1940 r. i tworzy od 20 roku życia do dziś. Jest uznawany za klasyka literatury francuskiej.
     W zbiorze "Mondo i inne historie" zamieszczono osiem dość długich opowiadań. Ich bohaterami są dzieci, bądź młodzi ludzie o zaskakująco świeżym spojrzeniu na świat. Nieskrępowana wyobraźnia i chłonne zmysły pozwalają im doświadczać piękna świata i przyrody w bezpośredni i intensywny sposób.
     Pierwsze opowiadanie "Mondo" to historia dziesięcioletniego Mondo, który nie wiadomo skąd zjawia się w nadmorskim miasteczku. Tajemniczy przybysz mieszka i śpi gdzie popadnie i przyjaźni się z żebrakami i łachmaniarzami. Chłopiec pyta też wybranych ludzi, czy nie chcieliby go przygarnąć. Wkrótce zaprzyjaźnia się z pewną Wietnamką z Domu Złotego Światła.
     Bohaterem trzeciego opowiadania "Góra boga żywego" jest Jon, który pewnego ranka pchany dziwnym przeczuciem zaczyna się wspinać na sięgający chmur Islandzki szczyt górski Reydarbarmur. W trakcie wyczerpującej drogi zaczyna wyczuwać obecność kogoś nieznajomego, ale przyjaznego.
     Ósme opowiadanie "Pasterze" to emocjonująca historia ucznia Gaspara, który ucieka z domu i trafia na koczownicze plemię pasterzy-dzieci. Grupie tej przewodzi rówieśnik Gaspara Abel, należą do niej też dwaj młodsi chłopcy Augustin i Antoine oraz najmłodsza kilkuletnia dziewczynka Kaf. Chłopiec dołącza do nich i razem docierają do pięknych i urodzajnych łąk Genna.

Wiek bohaterów: Mondo - 10 lat ("Mondo")
                                    Jon - wiek nieznany ("Góra boga żywego")
                                    Gaspar i Abel (ok. 11 - 12 lat) oraz Augustin i Antoine (ok. 8 - 10 lat) ("Pasterze")

J. M. G. Le Clézio Mondo i inne historie, W.A.B., Warszawa, 2011

Ekranizacja:  "Mondo" reż. Tony Gatlif, w roli chłopca ok. jedenastoletni Ovidiu Balan:
Ovidiu Balan film Mondo
Ovidiu Balan film Mondo
Ovidiu Balan film Mondo
Ovidiu Balan film Mondo

Astrid Lindgren "Nils Paluszek" 1949

opublikowane: 27 maj 2013, 03:57 przez c.gontkiewicz@gmail.com

zbiór opowiadań "Nils Paluszek" Astrid Lindgren okładka

     Nils Paluszek to krasnoludek, bohater pierwszego opowiadania zawartego w tym zbiorze. Zaprzyjaźnia się on z sześcioletnim Bertilem, który nudzi się, spędzając samotnie długie godziny w domu, podczas nieobecności rodziców. Pozostałe opowiadania to historie dzieci, często ubogich i chorych, które znajdują ucieczkę od przygnębiającej rzeczywistości w świecie marzeń i snów. Mali bohaterowie spotykają baśniowe stworzenia i wędrują po niezwykłych, pełnych cudów krainach.
     Książka ta powstała na początku drogi twórczej Astrid Lindgren, kiedy nie była one jeszcze tak popularna na całym świecie jak obecnie. Mimo to autorka osiąga mistrzostwo w poznaniu i interpretacji dziecięcej psychiki. Myślę, że dzieci pokochają te opowiadania.

Wiek bohaterów: Bertil - 6 lat
                                    Nils Paluszek
                                    i inni

A. Lindgren Nils Paluszek, Nasza Księgarnia, Warszawa, 1998

Ekranizacja:  "Nils Paluszek" ("Nils Karlsson Pyssling") reż. Staffan Götestam, w roli Nilsa Jonatan Lindoff, w roli Bertila Oskar Löfkvist
Oskar Lofkvist i Jonatan Lindoff w ekranizacji opowiadania Nils Paluszek
chłopiec i krasnoludek - Oskar Lofkvist i Jonatan-Lindoff
Oskar Lofkvist i Jonatan Lindoff - scena z filmu Nils Karlsson Pyssling - Nils Paluszek
Oskar Lofkvist i Jonatan Lindoff 1990 film Nils Paluszek
(zdjęcia pochodzą ze szwedzkiego wydania DVD, szwedzkie napisy, brak polskiej wersji językowej)

Władysław Krapiwin "Zielona planeta" 1960 - 1964

opublikowane: 27 gru 2012, 08:23 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 19 lut 2013, 12:16 ]


     "Zielona planeta" to zbiór trzech wczesnych opowiadań Władysława Krapiwina. Tytułowe opowiadanie "Zielona planeta" jest nieco dłuższe niż pozostałe i zdecydowanie najlepsze ze wszystkich. Opowiada o chłopcu, który zostaje wysłany przez starszą siostrę, żeby kupić arbuza. Dziewięciolatek nie wie, jak ocenić, który z owoców jest najbardziej dojrzały, więc wybiera największego, którego ledwo jest w stanie unieść. Wynikną z tego zabawane kłopoty, które zmienią podejście do życia małego bohatera.
     Opowiadania zebrane w zbiorze "Zielona planeta" to zaledwie skrawek twórczości Krapiwina, ale można w nich odnaleźć większość charakterystycznych dla niej cech. Ich głównymi bohaterami są chłopcy wrażliwi - zarówno emocjonalnie, jak i wyczuleni na piękno poezji, muzyki oraz przyrody. Ich związek z naturą jest bardzo intensywny, wręcz cielesny. Pragną nabywać odwagi i męstwa oraz przeżywać przygody, o których można przeczytać w książkach. Służy do tego nieokiełznana wyobraźnia, którą mogą w nich obudzić nawet najbardziej zwyczajne przedmioty codziennego użytku. Częstym tematem jest przyjaźń między chłopcami i relacje z rodzeństwem (szczególnie z młodszym braciszkiem i starszą siostrą). No i najważniejsze - wspaniały styl, który sprawia, że czyta się te historie z ogromną przyjemnością.

Wiek bohaterów: wielu chłopców w wieku od 6 do 11 lat

Oryginalne tytuły:

1. Zielona Planeta ze zbioru "Brat, co ma siedem lat" ("Брат, которому семь") z lat 1962 - 1964
2. Lwy wychodzą na drogę ("Львы приходят на дорогу") ze zbioru "Zwycięzcy" ("Победители") z 1964
3. "Góry lodowe płyną tuż obok" ("Айсберги проплывают рядом") ze zbioru "Dlaczego taka nazwa" ("Почему такое имя") z lat 1960 - 1963

Twórczość Krapiwina (wydana w Polsce) uporządkowana chronologicznie wg czasu powstawania:
1960 - 1964 - zbiór opowiadań "Zielona planeta"
1964 - 1966 - dwuczęściowa powieść "Skąd wieje wiatr" i "Ludzie z fregaty Afryka"
1968 - 1970 - dwuczęściowa powieść z cyklu autobiograficznego "Cień karaweli" i "Po kolana w trawie"
1972 - 1974 - trzyczęściowa powieść "Chłopiec ze szpadą"

Renata Piątkowska "Opowiadania dla przedszkolaków" 2003

opublikowane: 3 gru 2012, 08:36 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 3 gru 2012, 14:24 ]


     Opowiadania Renaty Piątkowskiej przeznaczone są do głośnego czytania małym dzieciom. Ich bohaterem i jednocześnie narratorem jest pomysłowy przedszkolak Tomek. Każda z krótkich historyjek zamieszczonych w tym zbiorze zaczyna się od "Jak ja lubię", bądź "Jak ja nie lubię". Często kończą się one jakąś śmieszną sytuacją. Są zabawne, ale też kojące, mogą się więc okazać świetną lekturą do poduszki.
     Tomek jest współczesnym polskim czterolatkiem. Ma swoje strachy i obawy, ale też mnóstwo świetnych pomysłów i żywą wyobraźnię. Jego zachowania często zadziwiają rodziców, co maluch kwituje prostym "dorośli niczego nie rozumieją".
     Książka pod względem klimatu i temperamentu młodego bohatera przypomina  opowiadania o Dyziu Wiktora Draguńskiego.
     Ilustracje są ładne i kolorowe, powinny się spodobać dzieciom. Wszystkie opowiadania są godne polecenia.

wiek bohaterów: Tomek 4 lata

wybrane opowiadanie:

Puk

     Jak ja lubię chodzić z mamą do stajni. Mama czasem zabiera mnie ze sobą i idziemy odwiedzić wujka Marka. Wujek przygotowuje konie do zawodów, jeździ na nich, czasem robi im śliczne zdjęcia. Od wujka wiem, że konie śpią na stojąco i mieszkają w boksach, czyli takich małych pomieszczeniach. Każdy koń ma osobny boks.
      - Wujku - powiedziałem. - W stajni powinny być lustra, żeby te konie mogły zobaczyć, jakie są piękne. 0, na przykład ten - wskazałem na czarnego lśniącego konia. - On ma taką ładną, czerwoną wstążkę wplecioną w grzywę. Chyba lubi się stroić. Chodź, chodź koniku, zaraz cię pogłaszczę - powiedziałem, wyciągając do niego ręce.
      - Tomek! - Wujek szybko złapał mnie za dłonie. - Nie możesz go pogłaskać. W ogóle się do niego nie zbliżaj. Widzisz, ta czerwona wstążeczka w jego grzywie wcale nie oznacza, że on lubi się stroić. Ta wstążka to ostrzeżenie, że ten koń jest niebezpieczny, gryzie lub kopie. Jeśli kiedyś zobaczysz taką wstążeczkę u konia, to pamiętaj, że musisz zachować przy nim szczególną ostrożność, bo taki koń bywa złośliwy - wyjaśnił wujek.
     Aha! To już wiem, czemu Agata z przedszkola nosi we włosach czerwone wstążki. To nie jest ozdoba, tylko ostrzeżenie. I rzeczywiście, niedawno ugryzła Jasia, wszystko się zgadza - pomyślałem.
      - Tomek! - zawołał wujek. - Tutaj stoi Puk, on jest bardzo łagodny, możesz wejść do jego boksu i pogłaskać go. Tylko nie męcz go za bardzo, bo Puk jest chory, ma kłopoty z żołądkiem.
Puk jest piękny, cały rudy, jak młody lisek, tylko na czole ma małą, białą plamkę. Ale najpiękniejsze ma oczy. Duże, prawie czarne, błyszczące i jakby trochę smutne.
     - Puk, Puk, dobry konik - powiedziałem i przytuliłem się do niego.
     Był ciepły i pachniał sianem.
      - Jesteś chory, biedaku - szepnąłem. Puk powąchał mnie delikatnie i parsknął.
      - Wiesz, jak ja byłem chory, to mama masowała mi brzuszek i to pomagało. Może tobie też pomoże - zastanowiłem się.
     Puk nie protestował, więc głaskałem mu brzuch - wielki, ciepły i włochaty.
      - Mama brała mnie też na kolana i kołysała leciutko - przypomniałem sobie. - Ale z tym byłby pewien problem, bo jak tu ciebie wziąć na kolana? Jesteś za duży - stwierdziłem. - Ale wiesz, Puk, nie martw się, jak wyzdrowiejesz, a ja nauczę się jeździć konno, to pojedziemy razem na wspaniały spacer. Najlepiej na piękną łąkę pełną pachnących traw i kwiatów. Będziesz się pasł, a ja położę się na kocyku i zjem loda. A jak nam się znudzi, to zawieziesz mnie do domu. Popędzimy sobie galopem i będziemy wyglądać tak pięknie, że po drodze jakiś fotograf zrobi nam zdjęcie. Na drugi dzień to zdjęcie będzie we wszystkich gazetach. Jedną taką gazetę zaniosę do przedszkola i pokażę nasze zdjęcie wszystkim dzieciom, a pani może nawet powiesi je na ścianie - rozmarzyłem się.
      - Tomku, czas wracać. Pożegnaj Puka i chodź - to był głos mamy. - No to pa, kochany Puku. Jesteś najmilszym koniem na świecie i na pewno szybko wyzdrowiejesz - powiedziałem.
     Przytuliłem się mocno do końskiej szyi, a Puk zarżał cicho na pożegnanie.
      - Mamo, chciałbym częściej przychodzić z tobą do tej stajni. Zgodzisz się? - zapytałem.
      - Chcesz pewnie uczyć się jeździć konno. To dobry pomysł - ucieszyła się mama.
      - Nie całkiem o to chodzi. Chcę tu przychodzić, żeby rozmawiać z Pukiem. On jest bardzo inteligentny. Słucha, kiedy do niego mówię, nie przerywa mi i nie śmieje się ze mnie pod nosem, jak niektórzy dorośli. I ma wspaniały, ciepły, włochaty brzuch, do którego można się przytulić - powiedziałem.
      - No, ja rzeczywiście nie mam takiego wspaniałego brzucha, ale chyba i tak czasem się do mnie przytulisz - powiedziała mama ze śmiechem i objęła mnie mocno.

(str. 46 - 49)

R. Piątkowska Opowiadania dla przedszkolaków Bis, Warszawa, 2005

Słowa kluczowe: opis, charakterystyka, recenzja, streszczenie

Wilhelm Hauff "Historia o małym Muku" 1825

opublikowane: 9 sie 2012, 08:35 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 11 sie 2012, 02:44 ]

     Inspirowane baśniami z tysiąca i jednej nocy opowiadanie niemieckiego autora opisuje przygody szesnastoletniego już, ale dziecinnego i naiwnego karła, który po śmierci ojca wyrusza w świat, w poszukiwaniu szczęścia. Mimo, że w oryginale bohater jest prawie dojrzałym, ale niskim wzrostem młodzieńcem przyjęło się, że w ekranizacjach postać ta grana jest przez dziecko.

HISTORIA O MAŁYM MUKU

     W Nicei, w moim mieście rodzinnym, mieszkał człowiek, którego nazywano „małym Mukiem". Chociaż byłem wtedy jeszcze bardzo młody, to jednak pamiętam go dokładnie, bo raz z jego powodu ojciec porządnie wygarbował mi skórę.
Już za moich czasów mały Muk był starym kawalerem. Wysoki był wszystkiego na trzy, może cztery stopy, przy tym dziwaczną miał postać. Ciało jego, malutkie i delikatne, dźwigało głowę znacznie większą i grubszą niż głowy innych ludzi. Mieszkał samiuteńki w wielkim domu i gotował sobie sam. Nie wiedziano by nawet w mieście, czy żyje, czy też umarł - bo wychodził tylko raz na cztery tygodnie, ale w południe unosił się z komina jego domu słup dymu. Często też widywano go przechadzającego się po płaskim dachu; z ulicy wyglądało to, jakby biegła po dachu tylko jego wielka głowa.
     Moi towarzysze byli jak i ja wielkimi łobuzami: przekomarzaliśmy się z każdym i drwiliśmy z każdego. Dzień, w którym mały Muk zjawiał się na ulicy, był dla nas prawdziwym świętem. Gromadziliśmy się wtedy przed jego domem i czekaliśmy.
     Kiedy otwarły się drzwi i pokazała się w nich najpierw wielka głowa w większym jeszcze turbanie, a potem dalsza część ciała w wytartym płaszczyku, w szerokich spodniach i w szerokim pasie, za którym tkwił długi sztylet, kiedy się więc zjawiała wśród nas ta figurka pocieszna, rozlegały się ryki radosne, jakich świat nie słyszał. Podrzucaliśmy czapki i jak zwariowani tańczyliśmy dokoła swej ofiary. Mały Muk pozdrawiał nas poważnie skinieniem głowy i szedł wolnym krokiem ulicą w dół. Przy tym człapał nogami, bo miał na nich wielkie, szerokie pantofle, jakich nigdy w życiu nie widziałem. Biegaliśmy za nim, krzycząc wniebogłosy: „Mały Muk! Mały Muk!" Ułożyliśmy
nawet wesołą piosenkę na jego cześć: 
          Mały Muk, Muczek mały
          W wielkim mieszka domu. 
          Mieszka pokryjomu!
          Dzisiaj przyszedł do nas znów.
          Będzie cieszył się świat cały
          Tą największą z głów!
          Karlik z ciebie - luby, miły,
          Goń łobuzów, co masz siły!
          Kuku - kuku!
          Mały Muku!
     Tak figlowaliśmy i drwiliśmy z biedaka bardzo często. Wyznaję ze wstydem: ja dokuczałem mu najgorzej. Targałem go często za płaszczyk, a raz nadepnąłem mu z tyłu na jego wielkie pantofle, tak że wywrócił się, biedaczysko. Bardzo mnie to śmieszyło, ale odechciało mi się śmiechów, kiedy zobaczyłem małego Muka, wchodzącego do domu mego ojca, gdzie zabawił dość długo. Ukryty w bramie domu widziałem, jak ojciec mój odprowadził później małego Muka, trzymając go z uszanowaniem za rękę, i jak się z nim pożegnał wśród głębokich ukłonów. Z duszą na ramieniu wytrwałem jeszcze jakiś czas w swej kryjówce; że jednak głodu więcej się bałem aniżeli cięgów, wylazłem stamtąd w końcu i pokornie - ze spuszczoną głową - stanąłem przed ojcem.
      - Dowiedziałem się, że przezywałeś dzisiaj poczciwego Muka - rzekł ojciec poważnie. - Opowiem ci historię tego człowieka, a wtedy nie będziesz się więcej z niego naśmiewał. Jednak przedtem, a także i po jej wysłuchaniu, dostaniesz zwykłą porcję.
     Na zwykłą porcję składało się dwadzieścia pięć cięgów, z których nigdy nic nie darował. Tym razem gorzej jeszcze niż zwykle wygarbował mi skórę swoim długim cybuchem. A kiedy doliczył się pełniuteńkiej liczby, kazał mi słuchać uważnie i taką opowiedział historię o małym Muku:
      Ojciec małego Muka, który nazywał się Mukra, był ubogim, ale poważanym obywatelem w Nicei. Prowadził życie tak samo pustelnicze, jak teraz jego syn. Nie bardzo on tego syna kochał, bo wstydził się jego karlej postaci, i nie dbał wcale o jego wykształcenie. W szesnastym roku życia mały Muk był jeszcze wesołym dzieckiem, z tego powodu beształ go też często ojciec - człowiek zawsze poważny - że taki dziecinny i głupi.
     Wskutek nieszczęśliwego wypadku stary umarł nagle, pozostawiając małego Muka bez żadnych środków do życia. Krewni, którym zmarły był winien więcej, aniżeli po nim zostało, wygnali biednego chłopca z domu, radząc mu, by poszedł w świat i poszukał tam szczęścia. Przygotowania do podróży nie trwały długo: mały Muk poprosił o ubranie ojca i dano mu je. Ojciec jego był wysokim, tęgim mężczyzną, więc nie nadawało się ono dla karła. Ale Muk umiał sobie poradzić: ściął, co było za długie, i przywdział ten strój. Zapomniał jednak ściąć i wszerz; stąd jego dziwaczny ubiór, jaki dzisiaj jeszcze nosi. Wielki turban, szeroki pas, szerokie spodnie, niebieski płaszczyk - to wszystko otrzymał mały Muk po śmierci ojca i od tego czasu nie zrzucił z siebie. Wetknął wtedy za pas długi sztylet damasceński - również spadek po ojcu - wziął kijek w rękę i wywędrował w świat.
     I uradowany - przecież szukał szczęścia - szedł dzień cały. Kiedy zobaczył na ziemi świecącą w słońcu skorupkę, podniósł ją i schował, przekonany, że zamieni się w najpiękniejszy diament; kiedy widział jaśniejącą w oddali kopułę meczetu lub jezioro lśniące jak zwierciadło, pędził w tę stronę w niepohamowanej radości w przekonaniu, że dostał się do czarodziejskiego kraju. Ale niestety! mamidła te znikały, a żmęczenie i głód przypominały mu dosadnie, że przebywa w kraju zwykłych śmiertelników.
     Tak wędrował dwa dni, głodny i smutny, i już wątpić zaczął, czy uda mu się znaleźć szczęście. Żywił się tym, co znalazł na polu, a twarda ziemia była mu legowiskiem. Rankiem trzeciego dnia zobaczył ze wzgórza wielkie miasto. Na jego kopułach widniał jasno półksiężyc i pstre chorągwie powiewały z dachów, jakby zapraszały małego Muka. Zdziwiony przypatrywał się miastu i okolicy. Tak, tam znajdzie mały Muk szczęście! - rzekł sobie i; mimo zmęczenia, podskoczył z radości. Tam albo nigdzie! Zebrał ostatki sił i skierował się ku miastu. Zdawało się, że niedaleko do celu, a przecież przyszedł tam dopiero około południa, bo małe, zmęczone nóżki słuchać nie chciały i co chwila Muk spocząć musiał w cieniu palmy. Nareszcie stanął pod bramami miasta. Przewiesił starannie płaszczyk przez ramię, ładniej związał turban, założył pas jeszcze szerzej i zatknął ukośniej swój długi sztylet. Potem strzepnął kurz z bucików, wziął swój kijek i wszedł do miasta.
     Minął już kilka ulic. Ale nigdzie nie otwarły się drzwi, nigdzie go nie zaproszono. A on sobie wyobrażał, że się o niego bić tu będą; że z każdego okna, z każdych drzwi usłyszy wezwanie: - Mały Muku, prosimy! Zjedz i wypij z nami, i niech odpoczną twoje nożęta!
     Stał właśnie u bramy wysokiego, pięknego domu, czekając z utęsknieniem na zaprośzenie, kiedy otwarło się okno i wyjrzała stara kobieta, która zawołała śpiewnym głosem:
          Zapraszam serdecznie, 
          Przyjdźcie więc grzecznie 
          Na porcyjkę kaszy
          Do gospodyni waszej!
          Z daleka przyjdźcie i z bliska, 
          Pełna czeka was tu miska!
     Otwarły się drzwi i Muk widział, jak weszły do wnętrza psy i koty. Przez chwilę stał niezdecydowany i rozważał, czy usłuchać zaproszenia. Nareszcie zdobył się na odwagę i wszedł. Kilka młodych kotków maszerowało przed nim; postanowił przyłączyć się do nich, rozumując, że one najlepiej wiedzą, gdzie jest kuchnia.
     Na schodach spotkał Muk starą kobietę z okna. Spojrzała nań niechętnie i spytała, czego chce.
      - Zaprosiłaś przecież gości na kaszkę - odpowiedział - a że głodny jestem, więc i ja się zjawiłem.
     Roześmiała się stara i rzekła:
      - Skąd to przychodzisz, dziwaku? Całe miasto wie, że gotuję tylko dla mych kochanych kotków. A od czasu do czasu spraszam im dla towarzystwa znajomych z sąsiedztwa - ale tylko koty i psy. Dzisiaj właśnie taki u mnie bal.
     Mały Muk opowiedział starej wszystko, co przecierpiał po śmierci ojca i prosił, by i jemu pozwoliła posilić się. Starowina, której spodobało się proste i uczciwe opowiadanie malca, przyjęła go w gościnę i nakarmiła, i napoiła. Następnie obejrzała chłopca dokładnie i tak rzekła: - Mały Muku, wstąp do mnie na służbę. Pracy niedużo, a dobrze ci u mnie będzie.
     Mały Muk, któremu smakowała kocia kaszka, zgodził się i przyjął służbę u pani Ahawci. Obowiązki miał łatwe, ale dziwne. Pani Ahawci miała dwa kocury i cztery kotki; te zwierzątka musiał Muk codziennie czesać i nacierać wonnymi maściami i uważać na nie, kiedy ich pani wychodziła z domu. Kiedy jadły, podawał im miseczki, a na noc ścielił im na jedwabnych poduszeczkach i nakrywał aksamitnymi kołderkami. Były także psy w domu, które musiał obsłużyć; ale z nimi nie robiono tyle ceregieli ile z kotami, które pani Ahawci kochała jak własne dzieci.
     Zresztą żył tu Muk samotnie, jak w domu swego ojca. Poza swą gospodynią obcował cały dzień tylko z psami i kotami. Działo mu się przez pewien czas wcale dobrze. Syty był, roboty miał niewiele. Pani Ahawci także była zadowolona. Ale z czasem pokazały koty swą przewrotną naturę: kiedy starej nie było w domu, skakały jak opętane po pokojach, przewracały wszystko i nieraz stłukły kosztowną wazę, która im zawadzała. A kiedy na schodach słychać było kroki starej, prędko kładły się na poduszki, udawały niewiniątka i merdały ogonkami, jakby nigdy nic. Pani Ahawci wpadała w gniew i łajała Muka za te nieporządki i szkody. Zaklinał się biedaczysko, że niewinny, ale stara wierzyła swoim ukochanym kotom.
     Posmutniał mały Muk, bo i tu szczęścia nie znalazł, i postanowił w duchu porzucić służbę u pani Ahawci. Ponieważ jednak podczas swej pierwszej podróży doświadczył już, jak to źle na świecie bez pieniędzy, postanowił wziąć sobie sam należną mu za służbę płacę, którą mu jego chlebodawczyni przyrzekła wprawdzie, ale dać nie chciała. W domu pani Ahawci był pokój zawsze zamknięty, do którego nie miał wstępu. Często zamykała się w nim stara i przesuwała rozmaite sprzęty; mały Muk dałby pół życia, żeby się dowiedzieć, co się w tym pokoju kryje. Kiedyś wpadło mu na myśl, że tam pewnie ukryte są skarby. Ale jak się do nich dostać, skoro drzwi były zawsze zamknięte?
     Pewnego dnia, kiedy pani Ahawci wyszła, zbliżył się do niego jeden z piesków, którego stara traktowała po macoszemu, a którego względy zaskarbił sobie Muk przez rozmaite przysługi. Otóż piesek ten chwycił szerokie spodnie Muka i ciągnął go, jakby żądał od niego, by z nim poszedł. Piesek zaprowadził go do izby sypialnej pani Ahawci i zatrzymał się przed małymi drzwiami, których Muk dotychczas nigdy nie widział; drzwi te były na pół otwarte. Piesek wszedł do środka, a za nim Muk. Jakaż była jego radość, kiedy znalazł się w pokoju, o którym od dawna marzył. Rozejrzał się dokoła, szukając pieniędzy, jednak nic nie znalazł. Pełno tu tylko było starych sukien i dziwacznych naczyń. Jedno naczynie - z kryształu, z bardzo ładnymi wzorami - szczególnie mu się spodobało. Wziął je w rękę, obracał na wszystkie strony. Wtem... strach, co się stało! Nakrywka naczynia spadła i rozbiła się na tysiąc kawałków.
Życie w nim zamarło... Ale ostatecznie wypadek ten zadecydował o jego losie: musiał uciec, jeżeli nie chciał, by go stara zabiła. Jeszcze raz rozejrzał się, co by mógł pa drógę zabrać ze sobą z bogactw pani Ahawci. Wzrok jego padł na potężne, wielkie pantofle. Nie bardzo były ładne, ale jego własne nie wytrzymałyby i najkrótszej podróży. Zresztą nęciła go właśnie ich wielkość: nikt nie będzie odtąd drwił z niego, że jest malcem. Zrzucił więc szybko stare pantofelki i włożył nowe. Laseczka z pięknie wyrzeźbionym łbem lwa również go nęciła. Po cóż ma niepotrzebnie stać w kącie. Wziął ją i wybiegł z pokoju. W swej izdebce ubrał się w płaszczyk, włożył na głowę ojcowski turban, sztylet wsunął za pas i pognał, ile mu sił starczyło, ze strachu, że wpadnie w ręce starej pani Ahawci... I niedługo znalazł się za miastem. Ale zmęczony był porządnie. Takiego marszu nigdy w życiu nie zrobił. Zdawało się, że w ogóle nie ustanie w biegu; gnała go jakaś niewidzialna siła... Nareszcie powiedział sobie, że te jego nowe pantofle mają chyba jakieś nadzwyczajne właściwości. Nie inaczej. Gnały same, gnały bez ustanku i prowadziły go ze sobą. Próbował zatrzymać się; daremnie. A taki był zmęczony mały Muk! Ach, żeby tak choćby tylko chwilę spocząć! Jak sobie poradzić? Co robić? W największej rozpaczy zawołał - jakby do siebie, tak od niechcenia: „ O, o! stój! o!" I... stanęły pantofle, a Muk padł wyczerpany na ziemię.
     Więc za służbę swą zdobył coś, co mu ułatwi znalezienie szczęścia...
     Mimo radości usnął ze zmęczenia.
     We śnie przyszedł do niego piesek, przyjaciel z domu pani Ahawci, i tak mu rzekł:
      - Kochany Muku! Nie znasz jeszcze możliwości swoich pantofli. Wiedz, że jeżeli je przywdziejesz i trzy razy obrócisz się na obcasie, wtedy pofruniesz, dokąd tylko zechcesz... Masz także bardzo wartościową laseczkę. Z jej pomocą znajdziesz skarby. Bo gdzie zakopane jest złoto, tam uderzy ona trzy razy o ziemię, przy srebrze dwa razy.
Tak śnił mały Muk. A gdy się zbudził, postanowił od razu zrobić próbę. Włożył pantofle, podniósł jedną nogę w górę i począł obracać się na jednym obcasie. Kto już próbował w niemożliwie wielkich pantoflach wykonać tę sztukę trzy razy z rzędu, ten zrozumie, dlaczego nie udała się ona małemu Mukowi. Pamiętać także należy, że jego wielka głowa przeważała raz na tę, raz na drugą stronę.
     Biedny malec upadł kilka razy i potłukł się porządnie. Ale tak długo próbował, aż mu się sztuka nareszcie udała.
Obrócił się wkoło na obcasie, wypowiedział życzenie, że chciałby dostać się do najbliższego wielkiego miasta, i pantofle uniosły go z sobą w górę, popędziły przez przestworza niebieskie. I nim się mały Muk opamiętał, znalazł się na wielkim placu targowym, gdzie były liczne kramy, i gdzie krzątało się bardzo dużo ludzi. Niedługo się tu zatrzymał, uważał, że bezpieczniejszy będzie na mniej ludnych ulicach. Bo na rynku nadepnął mu ten i ów na pantofle tak, że o mało nie upadł; to on znowu uderzył w ścisku jakiegoś przechodnia swoim długim sztyletem, za co otrzymał bolesnego szturchańca.
Mały Muk zastanawiał się poważnie, jakby zarobić na życie. Miał wprawdzie laseczkę, która mu mogła wskazać ukryte skarby. Ale jak znaleźć miejsce, gdzie zakopano złoto lub srebro? Od biedy mógłby pokazywać się ludziom za pieniądze, ale na to nie pozwalała mu jego duma. Pozostawały pantofle; te mogłyby mu chyba zapewnić byt. I postanowił szukać zarobku jako szybkobiegacz. Rozumował, że za taką służbę najlepiej zapłaci król; udał się więc do pałacu. Straż pałacowa, dowiedziawszy się, że mały Muk szuka zajęcia, skierowała go do Assaya, dozorcy niewolników, i jego poprosił malec, by wystarał się o miejsce królewskiego biegacza. Assay zmierzył go od stóp do głowy i rzekł: - Co? Mając takie nóżki chcesz być królewskim posłem? Zabieraj się! Nie mam czasu dla każdego głupca!
     Mały Muk zapewniał, że zupełnie poważnie prosi o to zajęcie i że gotów jest współzawodniczyć z każdym. Ubawiła Assaya ta rozmowa. Kazał przygotować mu się na wieczór do próbnych wyścigów; następnie zaprowadził go do kuchni, gdzie dano mu porządnie jeść i pić. Sam zaś udał się do króla i opowiedział mu tę śmieszną historię. Król lubił żarty, pochwalił więc Assaya, że zatrzymał małego Muka i polecił mu na wielkiej łące przygotować wszystko do wyścigów. Cały dwór miał być obecny na tym widowisku. Król opowiedział o wieczornej uciesze swoim księżniczkom i księciom, ci swoim orszakom dworskim. Dowiedziała się w końcu o tym cała służba. Naprężenie i oczekiwanie rosło coraz bardziej i kiedy wieczór nastał, wyległ cały dwór na łąkę, gdzie wszystko już było przygotowane do niezwykłych wyścigów chełpliwego karła.
     Kiedy król i jego córki, i synowie, i dworzanie usadowili się w przygotowanych dla nich lożach, wystąpił mały Muk i złożył zgromadzonym głęboki ukłon. Na jego widok rozległy się zewsząd radosne okrzyki: tak pociesznej figurki nigdy jeszcze nie oglądano. Drobniutkie ciałko, na nim olbrzymia głowa, płaszczyk, szerokie spodnie, długi sztylet za szerokim pasem, maleńkie nóżki w obszernych pantoflach — takie to było śmieszne i komiczne, że nie można się było powstrzymać od śmiechu. Nie wyprowadziło to małego Muka z równowagi. Wsparty na swej laseczce czekał spokojnie i dumnie na przeciwnika, którym - stosownie do jego życzenia - był najtęższy biegacz królewski. Ten stanął za chwilę obok malca i na dany przez księżniczkę znak pognali zawodnicy jak strzały ku temu samemu celowi.
     Zrazu przeciwnik wyprzedził małego Muka; ale Muk pognał na swym pantoflowym wehikule i przegonił tamtego.
Widzowie oniemieli z podziwu... Pierwszy król począł klaskać, potem książęta i księżniczki, i dworzanie; aż w końcu cały tłum zawył radośnie:
      - Niech żyje mały Muk, bohater i zwycięzca!
     Zaprowadzono małego bohatera przed króla. Padł on u stopni tronu i tak rzekł:
      - Potężny władco! Pokazałem dzisiaj tylko próbkę mego kunsztu. Pozwól, bym otrzymał miejsce wśród twoich biegaczy. Król odpowiedział:
      - Nie! Będziesz zawsze przy mnie, dostaniesz rocznie sto złotówek i zasiądziesz do stołu z moimi najlepszymi sługami.
Zdało się Mukowi, że nareszcie znalazł szczęście, którego tak długo szukał... Czuł się szczęśliwy i zadowolony. Cieszył się też szczególnymi względami i łaską króla. Ten posyłał go wszędzie w sprawach ważnych, poufnych i niecierpiących zwłoki; a Muk załatwiał wszystko starannie i dokładnie, i nieprawdopodobnie szybko.
     Ale inni słudzy króla nie bardzo byli mu życzliwi, bo stracili łaskę swego pana przez tego karła szybkobiegacza. Układali więc rozmaite plany, aby go usunąć i zniszczyć. Wszystko bez skutku, bo król ufał bezwzględnie małemu Mukowi i otaczał go coraz to nowymi względami i godnościami.
     O tym, że kotłuje się wśród służby dworskiej przeciw niemu, wiedział Muk; jednak o zemście nie myślał, szukał raczej sposobów, jakby pozyskać sympatię nieprzyjaciół. W szczęściu zapomniał o swej laseczce; teraz - w potrzebie - znowu ją sobie przypomniał; jeżeli posiądzie skarby, to potrafi chyba przebłagać wrogów i ich knowania ustaną. Nieraz słyszał, że ojciec obecnego króla zakopał liczne skarby, kiedy nieprzyjaciel wpadł był do kraju. Opowiadano także, że tajemnicę tę zabrał stary król do grobu. Odtąd brał mały Muk swój czarodziejski kijek na każdą przechadzkę w nadziei, że raz może trafi przypadkiem na miejsce, gdzie zakopane leży złoto starego króla...
     Pewnego wieczora zaszedł w odległą część ogrodu zamkowego i nagle uczuł, że laseczka w jego ręku drgnęła, a potem trzy razy uderzyła o ziemię. Wiedział, co to znaczy. Wyciągnął sztylet, wyrył znaki na drzewach otaczających to miejsce; potem powrócił cichutko do zamku, wystarał się o łopatę i czekał, aż noc zapadnie.
     Kopanie sprawiało małemu Mukowi większe trudności, niż się spodziewał. Ramionka miał słabe, a łopata była bardzo ciężka. Już dwie godziny pracował, a wykopał ziemi niewiele. Nareszcie natknął się na coś twardego, jakby na żelazo. Więc gorliwiej jeszcze zabrał się do roboty i w końcu trafił na dużą, żelazną pokrywę. Teraz zszedł sam w wykopany dół - laseczka nie zawiodła - znalazl tam wielki garnek, cały złotem wypełniony. Ale siły mu nie starczyło, by dźwignąć ciężki skarb. Dlatego wsunął w szerokie spodnie i za pas tyle złota, ile tylko mógł unieść, napełnił nim także płaszczyk; potem wszystko starannie przysypał ziemią. Jednak, gdyby nie miał pantofli, nie potrafiłby ruszyć z miejsca, bo przykuwał go ciężar złota. Nie spostrzeżony przez nikogo wrócił do izdebki i pod poduszkami sofy ukrył złoto.
     Przekonany był mały Muk, że teraz zmieni się wszystko, że wśród dotychczasowych wrogów zyska zwolenników i prawdziwych przyjaciół. Jakże głupiutki Muk mógł się spodziewać, że za pieniądze kupi sobie przyjaciół? Ach, mały Muku! Należało wtedy korzystać ze swych zaczarowanych pantofli i dać drapaka ze zdobytym złotem!
     Pieniądze, które odtąd mały Muk rozdzielał pełnymi garściami, obudziły zazdrość innych sług dworskich. Kuchmistrz Ahuli rzekł:
      - To bez wątpienia fałszerz na wielką skalę.
Assay, dozorca niewolników, zawyrokował:
      - Ten przeklęty karzeł wycyganił pieniądze od króla! Podskarbi Archaz, jego najzaciętszy wróg, który miał na sumieniu niejedną kradzież ze skarbca królewskiego, oświadczył
wprost:
      - Muk złodziej! Skradł złoto!
     Uknuli nowy spisek przeciw biednemu malcowi i pewnego dnia zjawił się przed obliczem króla podczaszy Korchuz, smutny i przygnębiony. A udawał smutnego tak natarczywie, że król zapytał w końcu, czego mu właściwie brak.
      - Ach - odpowiedział Korchuz - smutny jestem, bo straciłem łaskę swego pana.
      - Co też pleciesz, Korchuzie? — rzekł król. — Od kiedy to nie grzeje cię słońce mojej łaski?
      - Obsypujesz przecież złotem swego karła-szybkobiegacza, a swoim ubogim wiernym sługom nic nie dajesz - użalił się podczaszy.
      Ta wiadomość zdziwiła króla. Wysłuchał uważnie opowiadania o tajemniczych skarbach małego Muka. Spiskowcom udało się - przy wspólnym wysiłku - wywołać u króla podejrzenie, że jego szybkobiegacz okradł skarbiec królewski. Ten obrót sprawy szczególnie był na rękę podskarbiemu, który i tak bardzo niechętnie składał rachunki ze stanu kasy. Król polecił, by potajemnie śledzić każdy krok małego Muka, tak by go przyłapać na gorącym uczynku.
     Kiedy w nocy po tym nieszczęśliwym dniu, szczodry Muk zakradł się znowu do ogrodu zamkowego, by zaopatrzyć się w nowe złoto poszły za nim w pewnym oddaleniu straże, prowadzone przez kuchmistrza Ahulego i podskarbiego Archaza. I w chwili, gdy ładował złoto z garnka do swego płaszczyka, rzucili się na niego, związali i sprowadzili do króla. Król oburzony, że mu przerwano drzemkę - przyjął szybkobiegacza niechętnie, i natychmiast rozpoczął przesłuchanie.
Wydobyto garnek z ziemi i przyniesiono go królowi wraz z łopatą i z płaszczykiem, pełnym złota. Podskarbi zeznał, że straże przyłapały Muka, jak zakopywał skarb. Król spytał oskarżonego, czy to prawda i skąd wziął złoto, które chciał zakopać. W poczuciu swej niewinności oświadczył Muk spokojnie, że garnek ten udało mu się odnaleźć i że go chciał wykopać, a nie zakopać.
     To tłumaczenie rozśmieszyło obecnych; król zaś, oburzony bezczelnością karła, zawołał:
      - Nędzniku! Okradłeś swego króla, a teraz chcesz go tak głupio i haniebnie okłamać! Podskarbi Archaz! Masz natychmiast oświadczyć, czy takiej właśnie sumy brak w moim skarbcu?
     Podskarbi odpowiedział, że zna dokładnie stan kasy, i że tyle, a raczej więcej jeszcze, brak od pewnego czasu w skarbcu królewskim, że przysiąc może, że wszystkie pieniądze Muka pochodzą z kradzieży. Król rozkazał zakuć małego Muka w kajdany i wrzucić do więzienia. Podskarbiemu oddał złoto, by je włożył do skarbca. Zadowolony był Archaz, kiedy w domu u siebie liczył lśniące pieniążki; znowu ładnie zarobił. Zły ten człowiek nie powiedział nikomu, że na dnie garnka znalazł karteczkę następującej treści:
     Nieprzyjaciel napadł kraj, dlatego zakopałem część skarbów. Przeklęty ten, kto je znajdzie, a nie odda memu synowi!
Król Sadi
***

     W więzieniu miał mały Muk sposobność zastanowić się nad tym, co go spotkało. Wiedział, że za kradzież dobra królewskiego czekała winowajcę śmierć; a przecież nie chciał zdradzić królowi swej tajemnicy o laseczce, bo obawiał się - nie bez słuszności - że straci i laseczkę, i pantofle. Pantofle w więzieniu pomóc mu nie mogły, bo skuty - mimo ciągłych prób i wysiłków - nie zdołał obrócić się na obcasie.
     Kiedy następnego dnia doniesiono mu, że został skazany na śmierć, powiedział sobie, że przecież lepiej będzie wyrzec się laseczki, a zachować życie. Zażądał posłuchania u króla na osobności i zdradził mu swą tajemnicę. Zrazu król niewiele przywiązywał wagi do jego zeznań; ale mały Muk przyrzekł, że go przekona o prawdzie swych słów, jeżeli mu król daruje życie. Król zgodził się, kazał potajemnie zakopać nieco złota i wezwał Muka, by je odnalazł. Niedługo szukał: w pewnym miejscu laseczka uderzyła trzy razy o ziemię. Król przekonal się teraz, że oszukał go podskarbi i posłał mu - jak to jest w zwyczaju na wschodzie - jedwabny sznur, aby się sam nim udusił. Do małego Muka zaś rzekł: - Przyrzekłem ci wprawdzie życie. Ale zdaje mi się, że ty prócz laseczki posiadasz jeszcze jedną tajemnicę. Dlatego zostaniesz tak długo w więzieniu, aż powiesz, jak to się dzieje, że tak szybko biegasz.
     Biedny Muk, który podczas jednej nocy, spędzonej w lochu dosyć przecierpiał, usłyszawszy tę groźbę króla, wyśpiewał wszystko: że jego siłę i sztukę stanowią pantofle. Jednak nie powiedział królowi, że trzeba się na obcasie trzy razy obrócić. Król natychmiast włożył pantofle, by zrobić próbę - jak szalony gnał w nich po całym ogrodzie. Chciał stanąć, ale nie wiedział, jak się zatrzymać. A mały Muk, zresztą najlepszy z ludzi, tym razem cieszył się tą małą zemstą i pozwolił mu gnać, aż ten nieprzytomny padł na ziemię.
     Kiedy król znowu odzyskał przytomność, był strasznie zły, że mały Muk nie wstrzymał przeklętych pantofli.
      - Zaręczyłem ci słowem królewskim, że ci życie i wolność daruję. Ale w przeciągu dwunastu godzin musisz opuścić mój kraj, bo w przeciwnym razie każę cię powiesić! Pantofle zaś i laseczka zostaną w moim skarbcu!
     I jako żebrak wywędrował mały Muk z kraju niewdzięcznego króla. On, który wszystkim dobrze chciał czynić, nigdzie nie mógł zaznać ni szczęścia, ni spokoju. Kraj, z którego go wygnano, był niewielki i już w przeciągu ośmiu godzin stanął Muk u granicy. Jednak ta wędrówka bardzo zmęczyła biedaka, bo się już był przyzwyczaił do swoich pantofli.
     Po przekroczeniu granicy zszedł z gościńca w lasy, ażeby tam, w pustkowiu, żyć z dala od świata dla siebie tylko. Bo po tym, co przeżył, czuł w sercu żal i niechęć do wszystkich ludzi. W gęstym lesie znalazł miejsce, które mu się wydało odpowiednie dla jego zamiarów: strumyk, otoczony cienistymi drzewami figowymi, opodal murawa. Tu spoczął nareszcie umęczony Muk i głodny zasnął. A kiedy się po dłuższym czasie zbudził, powiedział sobie, że śmierć głodowa to rzecz nieprzyjemna i począł rozglądać się za jakimś pożywieniem.
     Z drzewa, pod którym spał, zwisały dojrzałe, soczyste figi. Zerwał kilka sztuk, bardzo mu smakowały. Potem poszedł nad strumyk, by ugasić pragnienie. Jakież było jego przerażenie, kiedy w wodzie zobaczył , że wyrosły mu olbrzymie uszy i długi, gruby nos! Chwycił się rękami za głowę. „Należą mi się ośle uszy! — pomyślał. — Bo jak osioł szczęście precz od siebie rzuciłem!"
     Przechadzał się po lesie, a gdy znów uczuł głód, zjadł jeszcze kilka fig. Podczas jedzenia pomyślał, że może potrafi ukryć uszy pod wielkim turbanem.
     W tej chwili uczuł jednak, że usży znikły. Pobiegł nad strumyk i przekonał się, że mają dawny kształt. Domyślił się, skąd to pochodzi: po zjedzeniu owoców pierwszego drzewa figowego wyrosły mu długie uszy i długi nos, owoce drugiego drzewa uleczyły go.
     Uradowany zrozumiał, że jeszcze raz uśmiechnęło się do niego szczęście. Zerwał z każdego drzewa tyle owoców, ile tylko mógł unieść, i powrócił do kraju, z którego niedawno został wygnany. Tam zakupił w najbliższym miasteczku nowe suknie i w przebraniu, nie poznany przez nikogo, udał się do miasta, gdzie rezydował niewdzięczny król.
     Była to pora roku, kiedy dojrzałe owoce należą do rzadkości. Mały Muk usiadł pod bramą pałacu; znał tutejsze zwyczaje i wiedział, że tu kuchmistrz zakupuje smakołyki dla kuchni królewskiej. Niedługo czekał; kiedy kuchmistrz zobaczył koszyczek Muka, przystąpił do niego natychmiast. 
      - Ach, nadzwyczajny to kęs! - zawołał. - Jego królewska mość żołądka sobie nie popsuje! Ile chcesz za ten koszyk?
     Muk wymienił skromną cenę i sprzedał swój towar. Następnie dał drapaka i trzymał się w ukryciu w bezpiecznym miejscu, bo bał się, że kiedy nieszczęście pojawi się na głowie króla i jego dworu, wtedy go odnajdą i zabiją!
     Król był podczas obiadu wesół i zadowolony i wychwalał ciągle swego kuchmistrza za jego dbałość i staranność. Kuchmistrz uśmiechał się znacząco, dając do poznania, że jeszcze coś przygotował na dzisiaj dla swego pana, coś nadzwyczajnego. Czekano w naprężeniu. Nareszcie zjawiły się na stole - figi. Rozległo się ogólne: - Ach, jakie to apetyczne! jakie smaczne!
     A król-pasibrzuch rzekł: - Zuch z ciebie, kuchmistrzu! Order ci przyrzekam.
     Król sam rozdzielał przysmak: każdy książę i każda księżniczka otrzymali dwie figi, wezyrowie zaś i damy dworskie po jednej. Resztę przeznaczył król dla siebie i począł je zjadać z wielkim apetytem.
      - Ach Boże! Jak też ty wyglądasz, ojcze? — zawołała nagle księżniczka. Wszyscy spojrzeli na króla: głowę jego zdobiły olbrzymie uszy, a nos zwisał mu aż do brody. I na siebie patrzyli zdumieni: wszyscy mniej więcej tak samo wyglądali.
     Pomyśleć, co się działo na dworze króla! Wezwano wszystkich lekarzy. Zbiegli się masami, zalecili różne pigułki i mikstury. Ale długie uszy i nosy nie znikały. Operowano nawet jednego księcia, ale uszy odrosły mu.
     Z ukrycia obserwował Muk wypadki na dworze królewskim, aż nareszcie uznał chwilę za odpowiednią, by wystąpić. Już wpierw sprawił sobie za pieniądze, otrzymane za figi, strój dający mu wygląd uczonego. Długa broda, którą założył, zmieniła go nie do poznania. W woreczku miał figi.
     Zjawił się w pałacu króla i ofiarował swe usługi jako obcy lekarz. Zrazu nie ufano mu. Kiedy jednak Muk dał jednemu księciu figę do zjedzenia, a uszy i nos tego księcia odzyskały od razu dawniejszy kształt, wszyscy błagali cudotwórcę o ratunek. Król wziął go w milczeniu za rękę i zaprowadził do swej komnaty; tam otworzył drzwi, prowadzące do skarbca, i skinął na Muka, by z nim poszedł.
      - Oto moje skarby - rzekł. - Weź, co ci się podoba, tylko uwolnij mnie od tej hańby!
     Była to słodka muzyka dla uszu Muka. Od razu zauważył w skarbcu swoje pantofle i laseczkę. Przechadzał się po sali, udając, że podziwia skarby króla. A gdy stanął obok pantofli, prędko się w nie wsunął, chwycił swą laseczkę, zerwał fałszywą brodę i oniemiałemu królowi pokazał dobrze mu znaną twarz wygnanego Muka.
      - Królu niewdzięczny! - zawołał. - Ty, który za wierną służbę niewdzięcznością płacisz! Zatrzymaj swą potworną postać na całe życie. Zasłużyłeś na tę karę! Uszy i nos przypominać ci będą codziennie małego Muka!
     Obrócił się prędko na obcasie, wyraził życzenie dostania się daleko, daleko i nim król mógł wezwać kogoś na pomoc, już małego Muka nie było.
     Odtąd żyje mały Muk w naszym mieście w dostatku, ale samotny. Bo żal ma do ludzi. Doświadczenie zrobiło z niego mędrca. Niepokaźnie wprawdzie wygląda. Ale na drwiny nie zasłużył, raczej na podziw i uszanowanie... Czy nie?
     To opowiedział mi mój ojciec. Byłem wzruszony i serdecznie żałowałem, że tak niegrzecznie postąpiłem z biednym, małym Mukiem. Widząc mą skruchę, podarował mi ojciec drugą „porcję", którą mi był przyrzekł. Potem opowiedziałem kolegom o niezwykłych losach i przejściach małego Muka. Odtąd pokochaliśmy go naprawdę i szanowaliśmy go jakby kadiego.

(pisownia oryginalna)

W. Hauff Kalif bocian i inne opowiadania opr. Michał Marczewski i Jerzy Michałowski, Votum, Warszawa, 1992

Ekranizacje:

Skarby sułtana (Die Geschichte vom kleinen Muck) reż. Wolfgang Staudte, NRD, 1953
w roli Muka Thomas Schmidt:
(zdjęcia pochodzą z niemieckiego wydania DVD - dostępne też na Blu-ray - z oryginalną niemiecką ścieżką dźwiękową i angielskim dubbingiem, brak polskiej wersji językowej)

Priklyucheniya malenkogo Muka (Приключения маленького Мука) reż. Yelizaveta Kimyagarova (Елизавета Кимягарова), ZSRR (obecny Tadżykistan), 1983
w roli Muka Bakhtiyer Fidoyev (Бахтиер Фидоев):
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii z telewizji zakodowanej jako DVD-Video, oryginalna rosyjska ścieżka dźwiękowa, brak polskiej wersji językowej)

William Faulkner "Dwaj żołnierze" 1942

opublikowane: 26 lip 2012, 11:06 przez c.gontkiewicz@gmail.com   [ zaktualizowane 10 wrz 2012, 11:23 ]

Akcja opowiadania "Dwaj żołnierze" ma miejsce na południu Stanów Zjednoczonych, około roku 1942, kiedy Amerykanie po ataku na Pearl Harbor zintensyfikowali działania w Wojnie o Pacyfik. Bohaterami są niespełna dziewięcioletni chłopiec i jego starszy brat Pete, który decyduje się zaciągnąć do wojska, żeby pomóc krajowi. Kiedy Pete wyjeżdża do punktu poboru w Memphis, mały rusza za nim...

DWAJ ŻOŁNIERZE

     Ja i Pete chodziliśmy do starego pana Killegrewa słuchać radia. Zawsze po kolacji, jak się zrobiło ciemno, chodziliśmy pod jego dom i stawaliśmy pod oknem, i wszystko świetnie słyszeliśmy, bo żona starego pana Killegrewa była głucha, więc on nastawiał radio, jak tylko można najgłośniej, i myśmy za oknem słyszeli wszystko tak samo wyraźnie jak żona starego pana Killegrewa, chociaż staliśmy na zewnątrz, a okno było zamknięte.
     Jednego wieczoru spytałem Pete'a:
      - Że co? Że Japończycy? Co to jest ta perłowa zatoka - Pearl Harbor? - Ale Pete kazał mi być cicho.
     Więc byłem cicho i zrobiło mi się trochę zimno, i słuchaliśmy tego gościa w w radio, tylko że nie rozumiałem nic z tego, co on mówił. Na końcu powiedział, że chwilowo już więcej nic nie powie, więc wróciliśmy do domu i Pete wytłumaczył mi, o co to chodzi. Mógł mi wytłumaczyć, bo miał już prawie dwadzieścia lat i w czerwcu skończył szkołę, i bardzo dużo wiedział. I że ci Japończycy rzucili bomby na Pearl Harbor, i że ten Pearl Harbor jest za wodą.
      - Za wodą? - spytałem. - Za tym państwowym rezerwuarem przy Oxford?
      - Nie - odpowiedział Pete. - Za dużą wodą. Za Pacyfikiem.
     Wróciliśmy do domu. Mama i tato już spali, więc ja i Pete położyliśmy się też spać, ale ja dalej nie mogłem zrozumieć, gdzie jest ten Pearl Harbor, i Pete jeszcze raz mi wytłumaczył, że na Pacyfiku.
      - Coś ty taki głupi? - spytał. - Niedługo skończysz dziewięć lat, od września chodzisz do szkoły i nic cię nie nauczyli?
      - Jeszcze nie doszliśmy do tego Pacyfiku - powiedziałem.
     Myśmy wtedy siali wykę, która powinna być posiana do piętnastego listopada, ale od kiedyśmy znali tatę, zawsze się ze wszystkim spóźniał. Wieczorem trzeba też było naznosić drzewa do pieca i potem chodziliśmy do starego pana Killegrewa pod okno, i staliśmy pod oknem, chociaż robiło się zimno, i słuchaliśmy tego radia. Jak skończyliśmy słuchać, wracaliśmy do domu i kładliśmy się spać, i Pete mi tłumaczył wszystko, cośmy przedtem usłyszeli. To znaczy, nie wszystko mi tłumaczył, ale tylko troszkę i więcej nie chciał, zupełnie jakby mu było nieprzyjemnie o tym mówić, i kazał mi się zamknąć, bo chce spać, ale tak naprawdę to nigdy wcale nie chciał spać.
     Leżał tylko, mniej się ruszał, niż gdyby naprawdę spał, i coś takiego strasznego od niego szło, zupełnie jakby był na mnie okropnie zły, choć ja wiedziałem że nawet o mnie nie myśli, albo jakby się czymś bardzo martwił, tylko że Pete zupełnie nie miał czym się martwić. Nigdy nie był spóźniony jak tato, ani nawet na chwilę nie był. Kiedy Pete skończył szkołę, tato dał mu te dziesięć akrów; i ja, i Pete coś kombinowaliśmy, że tata był cholernie zadowolony, że się pozbył chociaż dziesięciu akrów i ma mniej kłopotu. Pete te dziesięć akrów całe obsiał wyką i już miał spokój na zimę, więc się chyba nie mógł martwić, ale tak się zachowywał, jakby mógł. I ciągle chodziliśmy wieczorami pod okno domu starego pana Killegrewa, i słuchaliśmy tego radia. A oni teraz byli na Filipinach, ale generał MacArthur ich trzymał. Potem wracaliśmy do domu i kładliśmy się spać, i Pete nic mi już nie tłumaczył, i w ogóle nic nie mówił. Leżał, jakby się czaił albo co, a jak go dotknąłem, to mięśnie miał takie twarde jak żelazo i pewno je takie miał, aż nie zasnąłem.
     Wreszcie jednego dnia - a to było pierwszy raz, że w ogóle nic do mnie nie mówił, tylko się rzucał, że za wolno rąbię gałęzie, które on obcina na podpałkę - powiedział:
      - Muszę iść.
      - Gdzie musisz iść? - spytałem.
      - Na wojnę - odparł Pete.
      - Nie skończymy rąbać drzewa?
      - Do diabła z drzewem.
      - No to chodźmy - zgodziłem się.
     Ale Pete nawet nie usłyszał, co powiedziałem. Położył się i leżał, i wszystkie mięśnie miał takie twarde jak żelazo.
      - Muszę iść - powiedział jeszcze raz. - Nie mogę pozwolić, żeby Japońce tak traktowały nasze Stany Zjednoczone.
      - Masz rację - zgodziłem się. - Rąbanie drzewa może poczekać. Musimy iść na wojnę.
     Tym razem mnie usłyszał. Leżał dalej i wcale się nie ruszał, ale leżał już jakoś inaczej.
      - Ty? - Zdziwił się. - Ty chcesz iść na wojnę?
      - Będziesz bił dużych, a ja będę bił mniejszych - wyjaśniłem.
     Wtedy Pete mi wytłumaczył, że nie mogę z nim iść. Z początku myślałem, że to tylko on nie chce, tak jak nie chciał, żebym za nim chodził, kiedy zalecał się do tej dziewczyny od Tullów, ale potem mi wytłumaczył, że wojsko mnie nie weźmie, bo jestem za mały, więc zrozumiałem, że mówi poważnie i że ja nigdzie nie pójdę. Jakoś nie wierzyłem do tej chwili, że on naprawdę wybierze się do tej wojny, ale w końcu uwierzyłem i już wiedziałem, że mi nie pozwoli iść razem ze sobą.
      - No, ale mógłbym ci rąbać drzewo i nosić wodę - zaproponowałem. - Przecież będziesz musiał mieć wodę i drzewo.
     Przynajmniej mnie teraz słuchał. Już nie był taki twardy jak żelazo.
     Obrócił się i położył mi rękę na piersi, bo teraz ja leżałem sztywno na plecach.
      - Nie, musisz tutaj zostać i pomagać tacie - powiedział.
      - Co mu pomagać? - spytałem. - Po co mu pomagać? Tato już się z niczym więcej nie może spóźnić, jakby nawet chciał. On sobie da świetnie radę z taką kusą farmą, kiedy my będziemy bić Japońców. Muszę z tobą iść. Jeśli ty musisz, to i ja też.
      - Nie pójdziesz - powiedział Pete. - I więcej o tym nie mów.
     Wiedziałem, że go nie przekonam, ale chciałem się jeszcze upewnić.
      - Więc nie mogę iść? - spytałem.
      - Nie - odpowiedział Pete. - Nie możesz iść. Po pierwsze, jesteś za mały, a po drugie...
      - Dobra, dobra - przerwałem. - Możesz się zamknąć i daj mi spać.
     I on się zamknął, i leżał cicho, i położył się z powrotem na plecach. Ja też leżałem, tak jakbym spał. Ale Pete naprawdę zasnął i ja już teraz wiedziałem, że przez cały czas się martwił. bo koniecznie chciał iść na tę wojnę i dlatego nie mógł spać, a teraz, jak już postanowił, że pójdzie, to się przestał martwić.
     Następnego dnia rano Pete powiedział o tym mamie i tacie. Mama zaraz zrobiła przedstawienie i zaczęła płakać.
      - O, nie! Ja nie chcę, żeby Pete szedł na wojnę. Sama bym wolała za niego iść, gdybym mogła. Ja nie chcę bronić kraju. Niech go sobie wszyscy Japończycy zabiorą i zeżrą, byle tylko zostawili w spokoju mój dom i moją rodzinę. Mój brat Marsh podczas ostatniej wojny tak samo musiał iść do wojska, jak jeszcze nie miał dziewiętnastu lat, i moja matka też wcale nie mogła zrozumieć dlaczego. Ale powiedziała Marshowi, że jak musi iść, to musi. Więc jak Pete musi iść, to niech idzie, ale ja zupełnie nie rozumiem po co.
     Ale tato popisał się na sto z kawałkiem. Co za facet!
      - Na wojnę? - spytał. - Ale po co ty masz iść na wojnę? Jeszcze ci daleko do poboru, a Japończycy nie wylądowali w Ameryce, prezydent siedzi przecież w stolicy, Waszyngtonie, i widzi, co się dzieje, i jak zobaczy, że się coś święci, to nas zawiadomi, a poza tym w tamtej wojnie, którą przed chwilą wspomniała twoja matka, ja już byłem w wojsku i wysłano mnie do Teksasu, gdzie siedziałem przez osiem miesięcy, aż się przestali bić. Uważam, że ten fakt łącznie z prawdziwą raną, jaką oberwał twój wuj Marsh na polu chwały, gdzie się naparzali we Francji, wystarczy za wkład mojej rodziny w obronę kraju. Co najmniej do mojej śmierci. Poza tym, kto mi pomoże na farmie, jak ty wyjedziesz? Wtedy z niczym nie zdążę na czas.
      - Od kiedy pamiętam, tato nigdy jeszcze nie zdążył z niczym na czas - odpowiedział Pete. - Zresztą to nieważne, idę na wojnę, bo muszę iść.
      - Jeśli Pete musi, to musi - wtrąciłem. - Te Japończyki...
      - Siedź cicho - powiedziała mama ciągle jeszcze płacząc. - Nikt do ciebie nie mówi. Przynieś mi lepiej trochę drzewa. Akurat dla ciebie zajęcie.
     Więc poszedłem i przyniosłem drzewa. Przez cały następny dzień też znosiliśmy drzewo, to znaczy ja znosiłem, Pete i tato, bo Pete powiedział, że trzeba zrobić duży zapas, bo tato jest zbyt leniwy, żeby to samemu zrobić, a mama cały czas szykowała Pete'a do drogi. Uprała i poreperowała mu ubranie i całe jedno pudełko do butów napchała jedzeniem. Jak tego wieczoru ja i Pete leżeliśmy na łóżku, to słyszeliśmy, że mama pakuje walizkę Pete'a i płacze. Tak zaczęła płakać, że aż Pete wstał w nocnej koszuli i poszedł do mamy, i mama przestała wtedy płakać, i słyszałem, jak rozmawiają, i wreszcie mama powiedziała:
      - Chcesz koniecznie iść, więc idź, ja też chcę żebyś poszedł, ale wcale nie rozumiem, dlaczego musisz iść, i nigdy nie zrozumiem, i nie spodziewaj się, żebym zrozumiała, dlaczego właśnie ty musisz iść.
     Potem Pete wrócił do łóżka i leżał na plecach taki twardy jak żelazo, i w końcu powiedział, chociaż nie do mnie, tylko tak do nikogo:
      - Muszę iść. Nic nie poradzę, muszę iść.
      - No więc musisz - zgodziłem się. - Te Japończyki!...
     Pete obrócił się nagle, właściwie to aż się rzucił, i spojrzał na mnie, chociaż było ciemno.
      - Przynajmniej ty jeden masz dobrze w głowie - odezwał się. - Bałem się, że z tobą będę miał więcej kłopotu niż z nimi wszystkimi razem.
      - Szkoda, że ja nie mogę iść i pomóc ci - powiedziałem - ale może ta wojna potrwa jeszcze parę lat dłużej i ja wtedy doskoczę, i któregoś dnia przyjadę do ciebie.
      - Mam nadzieję, że nie - odparł Pete. - Ludzie nie idą na wojnę dla zabawy. Dla zabawy nie zostawia się zapłakanej mamy.
      - Więc dlaczego idziesz na tę wojnę? - spytałem.
      - Muszę iść - powtórzył. - Muszę. Teraz śpij i o nic mnie już nie pytaj. Wstaję bardzo rano, żeby złapać pierwszy autobus.
      - Dobra - zgodziłem się. - Słyszałem, że Memphis to strasznie duże miasto. Skąd będziesz wiedział, gdzie jest to wojsko?
      - Spytam kogoś, to mi powie, gdzie przyjmują - wytłumaczył Pete. - Śpij już.
      - Tak spytasz: "Gdzie tu przyjmują do wojska?"
      - Właśnie tak - odpowiedział Pete i odwrócił się. - No już zamknij się i śpij.
     Więc poszliśmy spać. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie jeszcze przy lampie, bo autobus miał przejeżdżać o szóstej. Mama nie płakała, tylko była bardzo smutna i zajęta stawianiem na stół różnych rzeczy do jedzenia, a potem skończyła pakować walizkę Pete'a. Pete nie chciał brać żadnej walizki, ale mama powiedziała, że porządni ludzie nawet na wojnę nie jeżdżą bez zapasowej bielizny i czegoś na ząb, więc włożyła do walizki pudełko od butów pełne pieczonej kury i ciasta i na wierzch Biblię i akurat przyszedł czas, żeby iść na autobus. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że mama nie idzie z nami do przystanku. Przyniosła kurtkę i czapkę Pete'a i ciągle jeszcze nie płakała, tylko tak stała z rękami zarzuconymi na plecy Pete'a i nie chciała się ruszyć. Trzymała go mocno i wyglądała tak samo jakoś dziwnie, jak wtedy wyglądał Pete, kiedy się do mnie obrócił w nocy i powiedział, że ja jeden mam dobrze w głowie.
      - Niechby sobie wzięli i zżarli cały kraj, byle tylko moich zostawili w spokoju - powiedziała mama i potem jeszcze powiedziała: - I nie zapomnij nigdy, ktoś ty. Nie jesteś bogaty i nikt dalej niż zakręt przy skale, na której zabił się ten Francuz, o tobie nie słyszał. Ale twoja krew jest równie dobra jak każda inna i żebyś o tym nie zapomniał.
     Potem go pocałowała i wyszliśmy z domu, i tato niósł walizkę Pete'a, chociaż Pete wcale o to nie prosił i nawet nie chciał jej brać. Jeszcze nie zaczęło świtać, kiedy stanęliśmy na drodze koło skrzynki do listów. Chwileczkę czekaliśmy, a potem zobaczyłem reflektory autobusu, który jechał w naszym kierunku. Przyglądałem się temu autobusowi, aż podjechał bliżej i Pete podniósł rękę, i autobus stanął. Wtedy to już się zrobiło trochę jasno, właściwie robiło się przez cały czas, tylko ja nie zauważyłem, bo się przyglądałem reflektorom. Ja i Pete myśleliśmy przez cały czas, że tato znowu powie coś głupiego jak wtedy, kiedy mówił o wujku Marshu, który został ranny na tym polu chwały, albo że jego wyjazd do Teksasu w tysiąc dziewięćset osiemnastym roku wystarczy, żeby ocalić Stany w tysiąc dziewięćset czterdziestym drugim, ale nic takiego nie powiedział, tylko coś zupełnie innego.
      - Do widzenia synu - powiedział. - Zawsze pamiętaj o tym, co ci mama mówiła, i zawsze do niej pisz, jak będziesz miał czas.
     Potem potrząsnął ręką Pete'a i potem Pete spojrzał na mnie, popatrzył tak z minutę i położył mi rękę na głowie, i pokręcił tak mocno, że mi prawie odkręcił, i potem wskoczył do autobusu, a ten gość, co siedział za kierownicą, zamknął za nim drzwi, autobus zaczął głośniej mruczeć, aż ruszył z burczeniem i zgrzytaniem i coraz głośniej jęcząc. Jak już jechał zupełnie szybko, to zobaczyłem, że te dwa małe czerwone światełka z tyłu wcale nie robią się mniejsze, tylko tak razem biegną obok siebie, jakby się miały za chwilę spotkać i zrobić jednym światłem, ale się nie zrobiły, bo przedtem autobus zniknął i przyszła mi straszna ochota płakać, chociaż miałem prawie dziesięć lai, no i w ogóle.
     Ja i tato wróciliśmy sami do domu, potem przez cały dzień pracowaliśmy w tym lesie, skąd się brało drzewo na opał, więc nie miałem okazji o niczym pomyśleć. Dopiero jak już było dobrze po południu, wziąłem procę i chętnie bym wziął wszystkie ptasie jajka też. Miałem ich dużo, bo Pete zostawił mi całą swoją kolekcję. Pete zawsze lubił oglądać swoją kolekcję, tak samo jak ja swoją, chociaż on miał dwadzieścia lat, a ja dziewięć. Ale pudełko było za duże, żeby je daleko nieść i martwić się nim, więc tylko wziąłem jedno kukułcze jajo, bo było dużo warte, zawinąłem je dobrze, włożyłem do pudełka od zapałek i schowałem je razem z procą pod belkę w stodole. Potem zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Pomyślałem sobie, że jakbym musiał zostać w tym pokoju i w tym łóżku jeszcze jedną noc, to bym chyba nie wytrzymał. Potem usłyszałem chrapanie taty, ale nie słyszałem nic z łóżka mamy, więc nie wiem, czy spała, czy nie spała, ale chyba nie spała, wziąłem swoje buty i wyrzuciłem je na dwór, i wyszedłem przez okno, tak jak to robił Pete, kiedy miał siedemnaście lat, i tato uważał, że jest jeszcze za młody, żeby się włóczyć po nocy jak marcowy kot, i nie pozwalał mu wychodzić. Na dworze włożyłem buty, poszedłem do stodoły, zabrałem procę i jajko i wyszedłem na drogę.
     Nie było zimno, ale za to cholernie ciemno, droga ciągnęła się przede mną tak daleko, jak nie przymierzając człowiek, który klapnie jak długi. Żywego na niej ducha nie było i chwilowo wyglądało na to, że chyba słońce mnie dogoni, zanim dojdę te dwadzieścia cztery mile do Jefferson. Ale nie dogoniło. Dopiero coś niecoś świtało, kiedy wszedłem na wzgórze, do miasta. Pachniało wszędzie śniadaniem, które gotowano po domach, i żałowałem, że zapomniałem wziąć chociaż kawałka ciasta, ale już było za późno, żeby coś na to poradzić. Pete mi powiedział że Memphis jest jeszcze spory kawał za Jefferson, tylko skąd miałem wiedzieć, że aż osiemdziesiąt mil. Stanąłem więc na takim pustym placu i stałem, i robiło się coraz jaśniej i jaśniej, latarnie uliczne ciągle się jeszcze paliły, z rogu patrzył na mnie glina i do Memphis miałem jeszcze osiemdziesiąt mil, całą noc zajęło mi przejście tych głupich dwudziestu mil, wyglądało na to, że jeśli będę w tym tempie szedł do Memphis, to Pete wyjedzie do tego Pearl Harbor, zanim zdążę przyjść.
      - Skąd ty jesteś? - spytał glina.
     Więc mu powiedziałem:
      - Muszę iść do Memphis, tam jest mój brat.
      - Nie masz tu żadnej rodziny? - spytał glina. - Nikogo nie masz oprócz brata? Więc co tu robisz sam jeden, jeśli twój brat jest w Memphis?
     Więc znów mu powiedziałem:
      - Muszę iść do Memphis. Nie mam czasu, żeby tu stać i strzępić sobie język, i nie mam czasu, żeby iść piechotą. Dzisiaj muszę być w Memphis.
      - Chodź ze mną - powiedział glina.
     Poszliśmy kawałek razem. I tam dalej stał autobus taki sam jak ten, do którego wczoraj wsiadł Pete, tylko że nie paliły się na nim światła i w środku nikt nie siedział. Była to stacja autobusowa zupełnie jak kolejowa stacja i była tez kasa i za nią gość, co sprzedaje bilety, i glina powiedział do mnie:
      - Siadaj tu na ławce - więc ja usiadłem na ławce, a glina odezwał się do tego gościa w kasie: - Czy mogę zatelefonować? - i zaczął gadać coś do telefonu, i gadał tak z dobrą minutę, a potem odłożył słuchawkę i powiedział do tego gościa w kasie: - Przypilnuje go pan chwilkę, ja zaraz wrócę, niech tylko pani Habersham się wygrzebie. - I gdzieś polazł. Wstałem i podszedłem do kasy.
      - Chcę jechać do Memphis - powiedziałem.
      - Ano pewnie, pewnie - zgodził się ten gość. - Siadaj spokojnie i poczekaj. Pan Foote za chwilę wróci.
      - Ja nie znam żadnego pana Foote - powiedziałem. - Ja chcę jechać tym autobusem do Memphis.
      - A masz pieniądze? - spytał gość. - Bilet kosztuje siedemdziesiąt dwa centy.
     Wyjąłem moje pudełko od zapałek i odwinąłem kukułcze jajo.
      - Zamienię to na bilet do Memphis - powiedziałem.
      - Co to jest? - spytał gość.
      - Kukułcze jajo - wyjaśniłem. - Nie widział pan nigdy? Warte dolara. Ale ja je oddam za siedemdziesiąt dwa centy.
      - Nie - odpowiedział. - Faceci, do których należy ta linia, upierają się przy transakcjach gotówkowych. Gdybym zaczął wydawać bilety za ptasie jajka i żywiec, i inne podobne rzeczy, wyrzucili by mnie z pracy. Usiądź sobie na ławce, jak kazał pan Foote.
     Skoczyłem do drzwi, ale on skoczył jeszcze szybciej przez ladę kasy i zaczął pchać się z rękami, żeby mnie złapać. Wyciągnąłem z kieszeni scyzoryk i szybko go otworzyłem.
      - Jak mnie pan dotknie, to panu utnę rękę - powiedziałem.
     Próbowałem go wyminąć i polecieć do drzwi, ale on ruszał się szybciej niż jakikolwiek dorosły mężczyzna, jakiego znałem, prawie tak szybko jak Pete. Stanął plecami do drzwi, rozstawił nogi i nie miałem którędy zwiać.
      - Wracaj na ławkę i czekaj na pana Foote.
     Co miałem robić, wróciłem, bo ten gość stał ciągle w drzwiach. Siedziałem i czekałem. A potem jakby cała stacja zapełniła się nagle ludźmi, bo wrócił glina i przyszły jakieś dwie panie w paltach z futra i z twarzami już umalowanymi, chociaż dalej wyglądały, jakby wybrały się w strasznym pośpiechu i miały ochotę jeszcze coś niecoś pospać. Jedna była stara, a druga młoda i obie patrzyły na mnie.
      - On nie ma płaszcza - zauważyła ta stara. - Skąd się tu wziął, biedaczek?
      - A bo ja wiem - odpowiedział glina. - Nic nie gada oprócz tego, że jego brat jest w Memphis i że on musi  do niego jechać.
      - To prawda - odezwałem się. - Muszę dziś być w Memphis.
      - Oczywiście, że musisz - zgodziła się ta stara. - Ale czy jesteś pewien, że znajdziesz swojego brata w Memphis?
      - Mam tylko jednego brata - wyjaśniłem - i znam go całe życie, więc go poznam, jak go zobaczę, co za śmieszne pytanie!
     Stara przyglądała mi się uważnie.
      - Jakoś to nie wygląda, żeby stale mieszkał w Memphis.
      - I na pewno tam nie mieszka - zauważył glina. - Chociaż, co to można powiedzieć, wszędzie może mieszkać, tu albo i nie tu. W dzisiejszych czasach pęta to się chole... cholewki to on ma wiejskie. Tak, chłopaki i dziewczyny też, zanim się jeszcze cho... chodzić dobrze nauczą. Co my możemy wiedzieć, on równie dobrze mógł przyjechać z Missouri, jak i z Teksasu. Ale jest pewny, że jego brat znajduje się w Memphis. Ja tam uważam, że niech sobie jedzie i szuka swojego brata.
      - Racja - przytaknęła stara.
     A młoda usiadła koło mnie na ławce i otworzyła torebkę, i wyjęła takie pióro, co pisze stale, i jakies papiery.
      - Posłuchaj, kochany chłopczyku - odezwała się - postaramy się, żebyś mógł pojechać do brata, ale najpierw do akt musimy mieć opis sprawy. Chcemy wiedzieć, jak się nazywasz i jak na imię twojemu bratu, i gdzie się urodziłeś, i kiedy umarli twoi rodzice.
      - Mnie tam do akt opis sprawy niepotrzebny - odpowiedziałem. - Ja tylko chcę jechać do Memphis. Muszę tam być dzisiaj.
      - Widzą panie! - powiedział glina takim tonem, jakby się cieszył. - Nie mówiłem!
      - Pani i tak ma szczęście, pani Habersham - wtrącił się gość od tych biletów autobusowych - że nie ma spluwy, ale za to potrafi otworzyć ten swój majcher choler... to znaczy chciałem powiedzieć, bardzo sprawnie, jak dorosły.
     Ta stara tylko popatrzyła na mnie i wreszcie mówi:
      - Naprawdę nie wiem, co z nim zrobić.
      - A ja wiem - powiedział gość od biletów. - Zapłacę mu bilet z własnej kieszeni w ramach ochrony przedsiębiorstwa przed zamieszkami i rozlewem krwi. A kiedy pan Foote powtórzy to na radzie miejskiej, to na pewno nie tylko mi zwrócą pieniądze, ale jeszcze dadzą jaki medal za wysoce społeczny czyn. Co, panie Foote?
     Ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Stara ciągle na mnie patrzyła. Powiedziała jeszcze raz: "Nie wiem, co z nim zrobić", potem wyjęła z torebki dolara i dała to gościowi z autobusów.
      - Może chyba jechać na dziecinny bilet?
      - W tym przypadku mam wątpliwości, jaki zastosować przepis. Pewno mnie wyrzucą z pracy, jeśli go nie zamknę do klatki i nie przylepię kartki z napisem "gryzie". Ale zaryzykuję.
     I wtedy tamci sobie poszli. Wrócił tylko jeszcze glina i dał mi kanapkę z serem.
      - Jesteś pewien, że znajdziesz swojego brata? - spytał.
      - Niby dlaczego nie mam go znaleźć? - odparłem. - Jeśli ja nie zobaczę Pete'a pierwszy, to on mnie zobaczy. Też mnie przecież zna.
     Więc glina poszedł sobie na dobre, a ja zjadłem kanapkę. I potem przyszli różni ludzie kupować bilety, i na końcu ten gość, co je sprzedawał, powiedział, że czas wsiadać, więc wsiadłem tak jak wczoraj Pete i pojechaliśmy.
     Ile ja miast zobaczyłem, chyba wszystkie, jakie są! Kiedy autobus na dobre się rozpędził, cos tak trochę zachciało mi się spać, ale za oknami było tyle ciekawych rzeczy, których jeszcze nie widziałem, że nie spałem. Jak wyjechaliśmy z Jefferson, to jechaliśmy przez pola i przez lasy. Potem wjechaliśmy do następnego miasta i znowu z niego wyjechaliśmy, i znowu jechaliśmy przez pola i przez lasy, i znowu było następne miasto ze sklepami, olejarniami i zbiornikami wody. Długo jechaliśmy wzdłuż linii kolejowej i widziałem, jak się podnosi ramię semafora, a potem zobaczyłem pociąg i jeszcze kilka miast i byłem zupełnie wykończony, tak mi się chciało spać, ale nie mogłem ryzykować.
     I na końcu zaczęło się Memphis, to znaczy, wydawało mi się, że to musi być Memphis, bo się ciągnęło przez wiele mil. Masę tam stało domów i było strasznie dużo sklepów, ale autobus nawet się nie zatrzymał i okazało się, że to jeszcze nie Memphis i znowu jechaliśmy koło zbiorników wody i kominów na fabrykach, a jeśli to miały być olejarnie albo tartaki, to muszę powiedzieć, że ich tyle jest i takie duże, i skąd oni biorą taką masę bawełny i drzewa, żeby wszystkie miały robotę.
     No i w końcu naprawdę zobaczyłem Memphis, i już wiedziałem, że to na pewno Memphis, bo tak wysoko sterczało w powietrzu i wyglądało jak dziesięć miast większych jak Jefferson, a sięgało w górę wyżej niż wszystkie góry w okręgu Yoknapatawpha. No i wjechaliśmy do tego miasta, autobus stawał chyba co parę kroków, po obu stronach jechało masę samochodów i pełno było ludzi, którzy chyba tego dnia przybiegli  ze wszystkich stron, tylu ludzi jeszcze na raz nie widziałem i pomyślałem sobie, że pewno w całym Missisipi już nie został nikt, kto by mi chociaż mógł sprzedać bilet  na autobus nie mówiąc o pisaniu do akt i opisów sprawy. Wreszcie autobus stanął ostatni raz na takiej stacji, tylko że strasznie dużej, większej niż Jefferson, więc ja spytałem:
      - Dobrze, a gdzie tu się wstępuje do wojska?
      - Że co? - spytał kierowca autobusu.
     Więc ja spytałem go jeszcze raz o to samo:
      - Gdzie tu się wstępuje do wojska?
      - A, do wojska! - powiedział. I wytłumaczył mi, którędy tam się dostać. Z początku to się bałem, że nie będę wiedział, jak chodzić po takim wielkim mieście, ale się szybko zorientowałem. I nie musiałem juz więcej pytać o drogę, tylko jeszcze dwa razy. Wreszcie prawie doszedłem na miejsce i byłem strasznie zadowolony, że się na trochę wydostałem z tych wszystkich pędzących aut i ludzi, co się pchali, i całego tego hałasu, i sobie pomyślałem, że już niedługo zobaczę Pete'a, i pomyślałem sobie też, że jeśli tam jest dużo takich, co się zapisali do tego wojska, to pewno jednak Pete wcześniej mnie zobaczy niż ja jego. Wszedłem do pokoju, ale tam nie było Pete'a.
     Zupełnie go nie było. Siedział tylko żołnierz z trójkątami na rękawie i coś pisał, a przed nim stało dwóch gości i było jeszcze kilku innych gości, chyba było, coś tak sobie przypominam, że tam jeszcze kilku było.
     Podszedłem do stołu, gdzie ten żołnierz coś pisał, i spytałem:
      - Gdzie jest Pete? - a on spojrzał na mnie, więc ja mu tłumaczę: - Mój brat, Pete Griers. Gdzie on jest?
      - Kto? - spytał żołnierz. - Czego tu chcesz?
     Więc ja mu tłumaczę jeszcze raz:
      - Wczoraj zapisał się do wojska. Jedzie do Pearl Harbor. I ja też. Przyjechałem go dogonić. Gdzie on jest?
      Wszyscy już teraz na mnie patrzyli, ale co mnie to obchodziło.
      - No gadaj - powiedziałem. - Gdzie jest mój brat Pete?
     Ten żołnierz przestał pisać, obie ręce rozłożył na stole i mówi:
      - Aha, ty też jedziesz, co?
      - A jadę - odpowiedziałem. - Oni będą mnie potrzebowali, żeby im kto nosił wodę i rąbał drzewo, no nie? Ja to potrafię. W domu cały czas rąbię drzewo i noszę wodę. No, gdzie jest Pete?
     Ten żołnierz wstał i ryczy:
      - Kto cię tu wpuścił? Zjeżdżaj stąd, a szybko.
      - Wypchaj się - ja mu mówię. - Gadaj zaraz, gdzie jest Pete?
     A ten cholera to jeszcze szybciej się potrafi poruszać niż tamten gość od biletów autobusowych. Nawet nie skoczył przez stół, tylko obszedł dokoła i wpadł na mnie, zanim wiedziałem, co i jak, tak że ledwie miałem okazję wyjąć scyzoryk, otworzyć go i dziobnąć w kikut. Żołnierz wrzasnął i jedną ręką załapał drugą rękę, i stał tak klnąc i wrzeszcząc.
     A jakiś drugi gość złapał mnie od tyłu, więc go też dziabnąłem scyzorykiem, ale nie udało mi się dosięgnąć.
     Potem jeszcze drugi gość złapał mnie od tyłu i wtedy wyszedł inny żołnierz z drzwi pokoju. Miał na sobie pas i jeszcze taki jeden pasek na ukos.
      - Co tu się dzieje? - spytał.
      - Taki owaki dziabnął mnie nożem! - wrzasnął ten pierwszy żołnierz.
     Kiedy to mówił, spróbowałem go macnąć jeszcze raz, ale tamci dwaj mocno mnie trzymali od tyłu, dwóch na jednego, więc ten żołnierz z paskiem na ukos powiada:
      - Spokojnie, spokojnie, schowaj swój nóż, nie jesteśmy uzbrojeni. Porządny człowiek nie rzuca się z nożem na faceta, który nie ma noża.
     Dopiero wtedy coś niecoś zacząłem słyszeć, co on mówi, bo przedtem byłem strasznie zły i nic nie słyszałem. A kiedy on mówił, to jakbym słyszał Pete'a.
      - Puście go - kazał, więc mnie puścili. - No, o co chodzi?
      - Rozumiem - odezwał się na końcu. - I przyjechałeś zobaczyć się z nim przed odjazdem, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
      - Nie, przyjechałem, żeby...
     Ale on się już obrócił do tego pierwszego żołnierza, który owijał sobie rękę chusteczką.
      - Macie takiego? - spytał.
     Ten pierwszy żołnierz podszedł do stołu i zajrzał do jakichś papierów.
      - Jest - powiedział. - Wczoraj się zapisał. Dziś rano wyjeżdża z transportem do Little Rock. - Spojrzał na zegarek, który miał na ręku. - Pociąg odjeżdża za pięćdziesiąt minut. Znam tych chłopaków ze wsi, pewno już wszyscy czekają na stacji.
      - Ściągnijcie go tutaj - kazał ten z paskiem. - Zadzwońcie na stację, niech mu bagażowy sprowadzi taksówkę. A ty chodź ze mną.  - Obrócił się do mnie.
     Za tym pokojem był drugi pokój, gdzie stał tylko stół i kilka krzeseł. Usiedliśmy i ten żołnierz palił papierosa; nawet niedługo czekałem. Od razu poznałem Pete'a po krokach, jak jeszcze szedł przez tamten pierwszy pokój. Żołnierz, co go dziabnąłem, otworzył drzwi i Pete wszedł. Wcale nie był ubrany w żaden mundur. Wyglądał tak samo, jak kiedy wsiadał do autobusu wczoraj rano, tylko że mnie się wydawało, jakby to już było z tydzień temu, bo tyle zwiedziłem różnych miast. Więc Pete wszedł i stanął, i wyglądał tak, jakby wcale nie wyjeżdżał z domu, tylko że to przecież było Memphis, a on jechał jeszcze dalej, do Pearl Harbor.
      - Co ty, do diabła, tutaj robisz? - spytał.
     Więc ja mu powiedziałem, co robię.
      - Przecież ci ktoś musi wodę nosić i rąbać drzewo, na którym będziesz gotował. Wiesz, że potrafię rąbać drzewo i nosić wodę.
      - Nie. Masz wracać do domu - on do mnie.
      - Nie - powiedziałem. - Muszę iść z tobą. Muszę. Koniecznie, Pete!
      - Nie - uparł się Pete. Spojrzał na tego żołnierza. - Nie wiem, co go opętało, poruczniku. Nigdy jeszcze nie rzucał się na nikogo z nożem. - Spojrzał na mnie. - Dlaczegoś to zrobił?
      - Nie wiem - wytłumaczyłem mu. - Musiałem się z tobą zobaczyć.
      - Żebyś mi tego nigdy więcej nie robił, słyszysz? Schowaj ten scyzoryk do kieszeni i trzymaj go w kieszeni. Jeśli jeszcze raz usłyszę, żeś go wyciągnął i kogoś dziabnął, to wrócę, skąd by nie było, i sprawię ci takie lanie, że popamiętasz do sądnego dnia, rozumiesz?
      - Rozumiem, ale chętnie poderżnę komuś gardło, tylko powiedz komu, jeśli przez to będziesz mógł wrócić - powiedziałem. - Pete - powiedziałem. - Pete.
      - Nie, nie możesz tego robić. - Nie mówił już takim ostrym głosem, tylko prawie cicho, i ja wiedziałem, że nic tu już nie wygadam. - Musisz wrócić do domu i zaopiekować się mamą. Liczę na ciebie, że się zajmiesz moimi dziesięcioma akrami. Chcę, żebyś wrócił do domu, dzisiaj, słyszysz?
      - Słyszę - odparłem.
      - Potrafi sam wrócić? - spytał żołnierz.
      - Sam tu przyjechał, no nie? - odparł Pete.
      - Chyba potrafię - zgodziłem się. - Mieszkam tylko w jednym miejscu i chyba zostało ono tam, gdzie było wczoraj.
     Pete wyjął z kieszeni dolara i dał mi go.
      - Kupisz sobie za to bilet, autobus podwiezie cie aż pod naszą skrzynkę do listów. i Słuchaj porucznika, porucznik wyśle cię do autobusu. I wracaj do domu, i zaopiekuj się mamą, i zajmij moimi dziesięcioma akrami, i nie wyjmuj scyzoryka z kieszeni. Słyszysz?
      - Słyszę. Pete.
      - No dobra. Muszę już iść. - Położył rękę na mojej głowie, ale tym razem nie wykręcił mi szyi. Tylko tak chwilę trzymał tę rękę. A potem niech mnie osa ukąsi, jeśli się nie schylił i nie pocałował mnie, jeszcze potem usłyszałem jego kroki, ale nawet nie podniosłem głowy. I tak się skończyło. Zostałem w pokoju i pocierałem miejsce, które Pete pocałował, a ten żołnierz siedział za stołem, patrzył przez okno i strasznie kaszlał. Sięgnął do kieszeni i dał mi coś, ale wtedy nawet na mnie nie spojrzał. Ja za to spojrzałem i to była guma do żucia.
      - Stokrotne dzięki - powiedziałem. - Więc chyba ruszę w powrotną drogę. Mam spory kawał do domu.
      - Poczekaj chwilę - mówi żołnierz i gdzieś znowu zatelefonował, więc mu jeszcze raz powiedziałem, że lepiej sobie pójdę, bo czas na mnie, a on znowu mówi: - Poczekaj, pamiętasz, co ci Pete przykazał?
     Więc czekaliśmy i znowu przyszła jakaś pani, też stara i też w futrze, ale pachniała dobrze i nie miała żadnego pióra ani opisu sprawy też nie miała. Weszła tylko i żołnierz wstał, a ona się rozejrzała, aż mnie zobaczyła, i wtedy podeszła, i tak jakoś lekko i szybko, i tak przyjemnie, jakby sama to zrobiła, położyła mi rękę na ramieniu.
      - Chodź, chłopcze - odezwała się. - Pojedziemy do domu na obiad.
      - Nie - powiedziałam. - Muszę łapać autobus do Jefferson.
      - Ja wiem. Ale masz dużo czasu. Najpierw pojedziemy do domu na obiad.
     Na ulicy stał jej samochód i pojechaliśmy tym samochodem pośrodku wszystkich innych samochodów, które jechały drogą, i prawie żeśmy ciągle wpadali pod autobus, i ci wszyscy ludzie dokoła byli tak blisko, że mógłbym z nimi rozmawiać, ale gdybym wiedział, kto oni są albo oni znali mnie. A potem samochód stanął i ta pani powiedziała, że już jesteśmy na miejscu, i ja spojrzałem na dom, przed którym stanęliśmy, był cały jej, to ona musiała mieć strasznie dużą rodzinę. Ale pewno dom nie był cały jej. Weszliśmy do sali, w której rosły drzewa, i weszliśmy do takiego malutkiego pokoiku, w którym stał tylko czarnuch ubrany w mundur bardziej błyszczący niż mundury tamtych wszystkich żołnierzy, i ten czarnuch zamknął drzwi, i wtedy ja krzyknąłem "Uwaga!" - i złapałem się, za co się można było złapać, ale się okazało, że wszystko jest w porządku, bo ten pokój tylko podjechał do góry i drzwi się otworzyły, i byliśmy w innej sali. Ta pani otworzyła jakieś drzwi, w które weszliśmy, i tam był inny żołnierz, starszy gość tak samo z paskiem na ukos do ostrzenia brzytwy chyba i srebrnym ptaszkiem na każdym ramieniu.
      - No, jesteśmy - powiedziała pani. - Chłopcze, to jest pułkownik McKellog. Teraz powiedz, co byś chciał zjeść.
      - Jajka z boczkiem i trochę kawy - powiedziałem.
     Wyciągnęła rękę do telefonu, ale ją cofnęła ją i spytała:
      - Kawy? Od kiedy ty pijesz kawę?
      - Nie pamiętam od kiedy. Od kiedy pamiętam.
      - Masz chyba z osiem lat, prawda? - spytała.
      - Wcale nie - odparłem. - Mam osiem i dziesięć miesięcy, idzie mi na jedenasty.
     Wtedy ona zatelefonowała. I myśmy potem usiedli, i ja opowiedziałem, jak Pete wyjechał dzisiaj do Pearl Harbor i ja chciałem jechać z ni, ale muszę wracać i zaopiekować się mamą, i doglądać tych dziesięciu akrów Pete'a. A ta pani mi powiedziała, że też ma takiego chłopca w moim wieku i że on jest w szkole na Wschodzie. Wtedy wszedł czarnuch, ale już inny, w takim ubraniu, co miało tył podobny do ogona koszuli, i toczył przed sobą taczki na czterech kółkach. Na tych taczkach były moje jajka z boczkiem i szklanka mleka, i kawałek ciasta też, i ja sobie pomyślałem, że jestem okropnie głodny. Ale kiedy zacząłem jeść, to się okazało, że nie mogę wcale jeść, bo mi nic nie chce przejść przez gardło, i szybko wstałem.
      - Muszę iść - powiedziałem.
      - Poczekaj chwilę - poprosiła ta pani.
      - Muszę iść - powtórzyłem jej.
      - Chwileczkę. Już zatelefonowałam po samochód. Za minutę przyjedzie. Wypij chociaż trochę mleka. No to może dam ci twojej kawy?
      - Nie - powiedziałem. - Nie jestem głodny, zjem, jak wrócę do domu.
     I wtedy zadzwonił telefon. Ona nawet nie podniosła słuchawki.
      - No, jest już samochód. - I poszliśmy z powrotem, i zjechaliśmy na dół tym samym ruchomym pokojem, w którym stał wystrojony czarnuch. Teraz zobaczyłem inny samochód, a w nim żołnierza. Usiadłem z tym żołnierzem na przedzie, a ta pani dała żołnierzowi dolara. - Jakby był głodny - powiedziała - to go zaprowadźcie do porządnej restauracji.
      - Zrobi się, pani Kellogg - zgodził się żołnierz.
     I znowu pojechaliśmy. Dobrze się przyjrzałem temu Memphis, ślicznie świeciło słońce, jak przejeżdżaliśmy. Ale zanim wiedziałem, co i jak, byliśmy z powrotem na tej samej drodze, którą przyjechałem rano autobusem, i tylko migały te domy ze sklepami i te wielkie olejarnie i tartaki.
     To Memphis  ciągnęło się przez całe mile, zanim się zaczęło kończyć. Potem znów jechaliśmy przez pola i przez lasy, bardzo szybko jechaliśmy i gdyby nie ten żołnierz, koło którego siedziałem, to bym pomyślał, że nigdy nie byłem w Memphis. Jechaliśmy teraz strasznie szybko i pomyślałem sobie, że z taką szybkością to raz dwa dojadę do tego zakrętu, koło którego zabił się Francuz, i jak sobie pomyślałem, że przejadę tym wielkim samochodem z żołnierzem za kierownicą, to nagle zacząłem płakać. Nie miałem przedtem pojęcia, że będę płakał, i nie mogłem zupełnie przestać. Więc tak siedziałem koło żołnierza i płakałem. I jechaliśmy bardzo szybko.

(pisownia oryginalna) 
tłumaczenie: Jan Zakrzewski

W. Faulkner Dwaj żołnierze w: Czerwone liście, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1978, str. 22 - 42

ekranizacje:

"Two Soldiers" reż. Christopher Lapalm, USA 1985
w roli chłopca Huckleberry Fox:
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii z VHS, MP4, 776 MB, brak polskiej wersji językowej)

"William Faulkner's Two Soldiers" reż. Aaron Schneider, USA 2003
w roli chłopca Jonathan Furr:
(zdjęcia pochodzą z dostępnej w Internecie kopii AVI, 350 MB, brak polskiej wersji językowej)

1-8 of 8